[KONKURS] – wspomnienie lata

Lato już za nami, zostały tylko wspomnienia :) A my chcielibyśmy nieco je jeszcze popielęgnować, dlatego też proponujemy Wam wyjątkowy konkurs.

Chcemy zaprosić Was do podzielenia się pozytywną, ciekawą i radosną historią, która wydarzyła się Wam tego lata – taką, za którą warto wznieść toast!

summer_love

To może byc historia miłości, przygody, sukcesu… czegokolwiek za co chcielibyście wznieść toast!

Podzielcie się z nami Waszą historią a my 3 najciekawsze, najfajniejsze, najbardziej inspirujące nagrodzimy fantastycznymi nagrodami – 3 zestawami win MOSCATO SPARKLING JACOBS CREEK. Każdy zestaw to 6 fantastycznych butelek, dzięki czemu będziecie mogli raz jeszcze, w towarzystwie bliskich i przyjaciół przypomnieć sobie najfajniejsze chwile lata!

Wasze historie wpisujcie w komentarzach do tego posta!

Moscato 041

ZAPRASZAMY! Konkurs trwa do 20go października. Udział mogą brać tylko osoby pełnoletnie!

 

WYNIKI!!!:

Mili, oto wyniki naszego konkursu. Jury wybrało 3 wakacyjne wspomnienia, za które warto wznieść toast!

http://kochambabelki.pl/konkurs-wspomnienie-lata/#comment-29

http://kochambabelki.pl/konkurs-wspomnienie-lata/#comment-43

http://kochambabelki.pl/konkurs-wspomnienie-lata/#comment-31

Wszystkim dziękujemy za udział a zwycięzcom gratulujemy! odezwiemy się do Was mailowo!

Dzięki!!!

 

 

Patronem konkursu jest:

Moscato

60 Comments

  1. Izabela · 4 października 2013 Reply

    Gdy wakacji czas nadchodzi
    To odpocząć nie zaszkodzi
    Słońce świeci, deszcz nie pada
    Ferie będą ach nie lada!
    Jan spakował swe walizki
    Ach euforii był już bliski
    Gdzie tu jechać?! Gdzie wypocząć?!
    Pytał dziś sam siebie nocą
    Padła decyzja nad ranem
    Niech to będzie Zakopane!!!
    Pędem ruszył więc na stację
    Żeby zacząć swe wakacje.

    Kilka godzin i już w górach
    Piękne szczyty widzi w chmurach…
    Wokół świeże jest powietrze
    Co od życia chcieć tu jeszcze?!
    Minęła krótka chwileczka
    A na nosie kropeleczka
    Za nią spadły też kolejne
    Aj nie było to przyjemne!
    Prędko schował się przed deszczem
    Tego brakowało jeszcze!
    Wlazł do jednej górskiej chaty
    Baca przyniósł mi herbaty
    A góralka suche gatki
    „Prąd” dolała do herbatki
    Wtem do drzwi ktoś załomotał
    Głośno, że aż wystraszyło kota!
    Baca przyjął swoich gości
    To tylko górale prości
    Niosą na ogromnej tacy
    Piękny prezent dziś dla Bacy
    W chacie wszystkich nim częstują
    Coś pod nosem podśpiewują
    Jan aż przetarł okulary
    To Moscato! Nie do wiary!
    Lecz nas zdziwić to nie zdoła
    Toż to tylko prawda goła:
    W każdej góralskiej rodzinie
    Dobrze bawią się przy winie!
    Wtem zebrała się kapela
    W końcu dzisiaj jest niedziela!
    Rozpoczęła się hulanka
    Złapała turystę Hanka
    I zaczęła z nim tańcować
    Jan już nie miał gdzie się schować
    Musiał zatem ulec pannie
    Liczyć kroki swe starannie
    Aby nie udeptać nóżki
    By całe miała paluszki…
    Jan w zabawy wir porwany
    Rzucił się wraz z nimi w tany!
    Tańczą, śmieją się beztrosko
    Wszyscy dziś się bawią bosko!

    A za oknem deszczyk padał
    Wicher konarami władał
    A tu w chacie górskiej, w sieni
    Wszyscy goście rozbawieni!

    To nie koniec lecz początek
    Ziemi ten piękny zakątek
    Serca dwa z sobą połączył
    I dwie dusze w jedną złączył…
    Toast wznieść się więc należy
    Niech się w świecie wieść ta szerzy
    Że tam miłość gdzie Moscato
    Dalej! Wznieśmy toast za to!

  2. magda · 4 października 2013 Reply

    Toast wzniosę za zaręczyny które odbyły się tego lata :) Zachód słońca na plaży ,wino i nagle do tej romantycznej scenerii piękny pierścionek który wprawił mnie w małe osłupienie a zarazem wywołał ogromną radość 😀 W zasadzie to toast mogę wznieść również za historię która będzie nadchodzącego lata-ślub:)

  3. Sylwia · 4 października 2013 Reply

    Szanowni Państwo, Uważni Czytelnicy!
    Dziś czas by wznieść toast za … dzień lata! Nie, nawet nie słoneczny. Zwykły, chłodny, mało ciekawy dzień lata.
    Za ten dzień, gdzie słońce nie ma jak wyjrzeć zza chmury, a my nie wiemy właściwie dlaczego akurat teraz wzięliśmy urlop.
    Za dzień bez niezwykłych wydarzeń, kawę na balkonie, tak zwyczajną, że aż nie chce się jej pić. Za rutynę, za normalność, za
    możliwość uczestnictwa w całym tym szaleństwie wszechświata.
    A więc Drodzy Koledzy, Szanowne Koleżanki!
    Wasze zdrowie!

  4. Maciej · 4 października 2013 Reply

    Moja przygoda z bieganiem trwa nadal. W lato się rozkręcałem. Wznoszę toast za wszystkich biegaczy, którzy zamiast siedzieć w domu i marudzić, zbierają się do wyjścia i z uśmiechem na twarzy przemierzają ścieżki, ulice, chodniki, dróżki, lasy i pola. Bo bieganie to nie tylko stan poprawiający fizyczność, ale i także stan duszy. A największy i najgłębszy toast wznoszę za starszych biegaczy, do których mam wielki szacunek. Niejednokrotnie tam gdzie biegam widzę ludzi na oko – koło 60tki, którzy przemierzają trasę równym krokiem bez żadnego grymasu na twarzy. Swoją energią mogliby obdzielić niejednego młodszego od siebie marudę 😉 Wasze zdrowie kochani! :)

  5. Kasia · 4 października 2013 Reply

    Cały dzień wyglądasz jak spod igły – makijaż, wyprasowana koszula z rozpiętym zalotnie guzikiem, pachniesz nowym
    Sheer Beauty od Kleina. Cały dzień czujesz, że coś w powietrzu wisi, że coś się wydarzy, normalnie ‚love is in the air’.
    Biegasz po mieście, jeździsz rowerem, rozsyłasz uśmiechy na prawo i lewo. Około 18.30 wracasz do domu i dajesz se spokój.
    Zrzucasz szpilki, zakładasz okulary, ucinasz sobie półgodzinną drzemkę, przecierasz oczy, rozmazujesz makijaż.
    Wtem zdajesz sobie sprawę, że w lodówce masz światło. Więc wygrzebujesz z czeluści garderoby dres, który błaga o
    wypranie, wciągasz cichobiegi na nogi i lecisz na dół do sklepu po trzy bułki. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że jest
    jeszcze jedna rzecz, którą należy kupić. I stoisz w kolejce do kasy. I drapiesz plamę w dresie, bo może to jakiś zaschnięty
    sos i zejdzie bez prania. I odwracasz głowę a za Tobą – mężczyzna, którego uśmiech uwielbiasz. Facet, o którym marzysz by
    powiedział „ej mała, brałbym cię zara”. Facet w białej (!!!) bluzie, świetnych spodniach. NERGAL. Nergal któryś już raz
    w moim osiedlowym sklepie. Wreszcie za Tobą w kolejce do kasy! Zamiast oczu masz skaczące iskierki, tętno przyspiesza, już chcesz
    wydać z siebie cokolwiek co uświadomi mu Twoje istnienie (no bo sorry, ale na składanie zdań wielokrotnie złożonych
    nie ma w tym momencie szans) i… patrzysz na stojący na taśmie swój zakup.
    Dwie rolki papieru toaletowego. Dwie rolki papieru do dupy. Wychodzę.
    Zdrowie Nargala i oby do następnego spotkania :)

  6. Joasia · 4 października 2013 Reply

    Akurat był ciepły lipcowy dzień- ja niestety miałam poprawkę egzaminu, którego za chiny zdać nie mogłam. Facet się ewidentnie ma mnie uwziął i nie szło w żaden sposób z nim wygrać, zresztą chyba każdy wie, że z wykładowcą, ‚psorem’, czy jakimś innym doktorem trudno wygrać- choćby się nawet rację miało. Już nawet chciałam mieć komisyjny egz., (nie zależało mi, bo dosłownie na pamięć wszystkiego się wykułam) ale znajomi mnie odwiedli od tego pomysłu. W końcu kto wie, czy w następnym roku akademickim, znów nie będziemy mieli z nim zajęć… Tak, więc chcąc nie chcąc nie miałam za bardzo wyboru i po raz kolejny musiałam mu stawić czoło… niestety i wtedy nie udało mi się zdać, nie wiedziałam co robić, byłam załamana- w końcu moje losy, jako studentki się ważyły… Tego dnia też umówiona byłam z moim chłopakiem, który pilnował swojego siostrzeńca. Ja ze zmysłem orientacji w terenie równym ZERO, chciałam się spotkać w jakimś znanym mi miejscu, (owszem, mieszkałam w ciągu roku akademickiego w Krk, ale nie poznałam aż tak db. całego miasta, a tym bardziej jego obrzeży) a nie na jakichś peryferiach, gdzie wtedy siostra mojego ukochanego wynajmowała jeszcze mieszkanie. No, ale niestety mój Michał się uparł, więc się zgodziłam. Oczywiście się zgubiłam, gdzieś na jakichś nieznanych mi osiedlach pobłądziłam. Po drodze pamiętam była restauracja, gdzie zatrzymał się wóz strażacki z ponad 20-stoma strażakami, jednak nie zwracałam większej uwagi na nich, pomimo tego, że mnie zaczepiali. Byłam wściekła i rozżalona z powodu kolejnej nieudanej próby zaliczenia egzaminu i chciałam tylko znaleźć umówione miejsce z Michałem.
    Po prawie godzinnych poszukiwaniach, błądzenia po okolicznych osiedlach byłam wyczerpana. Jak na złość siadła mi bateria w kom. i nie mogłam skontaktować się z ukochanym.. Czas mijał, ja coraz bardziej zła, głodna i co najgorsze- nie miałam zielonego pojęcia, gdzie iść, w którym kierunku. Dookoła żadnej żywej duszy… Postanowiłam w końcu wrócić (w końcu zło nie śpi, a nieszczęścia chodzą parami po co więc kusić los) drogą, którą tam zawędrowałam. Ze łzami w oczach mijałam strażaków, którzy tam się posiłkowali jeszcze. Jeden z nich mnie zaczepił i zapytał, czy wszystko w porządku. Ja ze łzami, jak groch odpowiedziałam, że tak i poszłam dalej. Niedaleko był przystanek autobusowy, tam też się zatrzymałam. Jednak nie miałam zielonego pojęcia, która jest godzina nawet, bo tel. w dalszym ciągu nie działał. Autobusu nie widać żadnego, miałam już dość wszystkiego, nie potrafiłam pohamować emocji, łzy same napływały mi do oczu. Nagle znajomy wóz strażacki się zatrzymał zaraz koło przystanku. Wysiadło 3 młodych panów strażaków i podeszło do mnie. Znów zapytali co się stało, czy wszystko ok, czy mogą mi jakoś pomóc. W zasadzie było mi wszystko jedno, dzięki rozmowie trochę się uspokoiłam, a panowie okazali się całkiem sympatyczni. Zapytali, czy mnie może gdzieś nie podwieźć, bo akurat jadą w stronę centrum, ja się zgodziłam. Wsiadłam z nimi do tyłu, gdzie cała reszta ich siedziała. Jak się okazało panowie jechali do Katowic na jakiś zjazd strażaków, czy coś takiego, pytali czy się nie boję z nimi podróżować, ja oczywiście powiedziałam, że nie, że dziś, to chyba nic gorszego mnie już spotkać nie może niż do tej pory. Rozbawiłam tym tekstem chyba wszystkich… Pogadaliśmy trochę, czas szybko upłynął, a mnie w końcu humor się poprawił. Panowie wysadzili mnie w dobrze mi znanym miejscu, pożyczyli tel., dzięki czemu mogłam skontaktować się z moim ukochanym, który już w tym miejscu na mnie czekał…

    Historia, którą bardzo mile wspominam, pomijając fakt niedanego wtedy egzaminu- na szczęście następnym razem udało mi się zdać w końcu i resztę wakacji miałam wolne od nauki i stresu.

  7. Maria · 4 października 2013 Reply

    Po długim i męczącym roku postanowiłam wybrać się na wczasy do Turcji. Pogoda cudowna, kraj wspaniały i mnóstwo leniuchowania.
    Postanowiłyśmy z siostrą wybrać się na wycieczkę na zwiedzanie. Wybór padł na Pamukkale. Piękne miejsce, zafascynowane słuchałyśmy przewodnika i podziwiałyśmy widoki. Po pewnym czasie zarządzony został czas wolny na odpoczynek. I tu zaczęło się nasze zamotanie.

    Poszłyśmy napić się czegoś i odświeżyć. Było mnóstwo turystów i kilka tras wyznaczonych. Po odpoczynku przeszłyśmy się jeszcze na tarasy wapienne, by zobaczyć bawełniany zamek. Gdy chciałyśmy już wracać z przerażeniem odkryłyśmy, że naszej grupy już nie ma. Natychmiast wróciłyśmy w ostatnie miejsce gdzie się wspólnie widzieliśmy. Żar lał się z bezchmurnego nieba, a my robiłyśmy się coraz bardziej nerwowe. Próbowałyśmy pytać wszystkich po drodze o grupę, ale nikt nie był nam w stanie pomóc. Nie miałyśmy też telefonu kontaktowego do nikogo z pozostałych. Postanowiłyśmy kierować się do wyjścia na własną rękę. Droga była długa, a gorąc doskwierał nam coraz bardziej. Gdy dotarłyśmy do wyjścia zorientowałyśmy się, że nie ma naszego autobusu. Próbowałyśmy porozmawiać z policją, ale po anielsku było dość ciężko. Usiadłyśmy zrezygnowane, a po około pół godzinie przyjechał autobus z przewodnikiem. Ominęła nas część wycieczki, ale na szczęście wróciłyśmy bezpiecznie do hotelu. Pomimo tego niefortunnego zamotania, wycieczka bardzo mi się podobała. Teraz śmiejemy się z tej historii, chociaż wtedy umierałyśmy ze strachu – same w innym państwie i bez kontaktu. Nie żałuję, że pojechałam i zrobiłabym to chętnie jeszcze raz

  8. Krzysztof · 4 października 2013 Reply

    Stało się. Decyzja zapadła. Jadę nad morze. By odpocząć, powdychać jodu, odetchnąć świeżym powietrzem, zobaczyć zamarznięte morze (mamy luty). Po prostu doładować akumulatory. Z mojego Zamościa (województwo lubelskie) do celu podróży – Międzyzdrojów, jest kawał drogi. Nijak mnie to jednak nie zraża. Weekendowy wypad, taki spontaniczny. Pakuję się do plecaka, wyjeżdżam w piątek wieczorem, w poniedziałek skoro świt, jestem w domu. Pakowanie na tak krótki czas nie jest wielkim problemem. Zmieszczę się bez problemów do plecaka. Bielizna na zmianę, szczoteczka, pasta, grzebień, jakaś druga koszulka, ręcznik. Wystarczy. Wszystko co ciężkie – ciepłą kurtkę przeciwdeszczową (raczej przeciwśniegową), porządne buty, ciepły polar, czapkę, szalik, rękawiczki – nie chowam – wszystko ubiorę na siebie. Znajdzie się nawet miejsce na jakąś książkę i parę kartek papieru – lubię coś napisać w czasie długiej podróży. Kosmetyków za dużo nie biorę. Bo i po co. Nie jadę tam na podryw. Dwa dni o samym mydle wytrzymam. Jadę w nieznane, na ciekawą przygodę.W plecaku znajdzie się jeszcze miejsce na duży termos z ciepłą herbatką. Wiadomo – luty, zapowiadają do minus 10. Lepiej nie ryzykować. Oczywiście drobna, podstawowa apteczka – witaminki, plaster, mały bandaż, coś na głowę (na ból, nie na kaca), też się zmieści. Telefon ładuję w domu do pełna, by nie brać zbędnie ładowarki. Jeszcze się zgubi, a dwa dni telefon wytrzyma. A nawet jeśli nie, to przecież nie jestem uzależniony. Ludzie kiedyś w ogóle nie mieli telefonów w kieszeniach i jakoś żyli. Ba, byli chyba nawet szczęśliwi. Może ja też będę. W sumie to nawet bym go nie brał. No ale wiadomo – mama zadzwoni, dziewczyna będzie chciała wyznać, że kocha, że tęskni. Przed podróżą dokładnie sprawdzam rozkład pociągów, zamawiam nocleg w domku z widokiem na morze. O tej porze roku wcale wcześniej nie trzeba zamawiać, a ceny są dużo niższe. Oglądam jeszcze co ciekawego mogę tam zobaczyć, zagroda żubrów, Kawcza Góra, hitlerowskie wyrzutnie rakiet. Ile zdążę, tyle zobaczę. Piątek popołudniu. Ruszam, całuje psiaka na pożegnanie, ściskam rodziców i idę na autobus.W Lublinie czekam na pociąg. Jest. Pakuję się do wagonu z kuszetkami, zamykam i idę spać – rano obudzi mnie szum morza. Dźwięk dzwoniącego telefonu o poranku wyrywa mnie z pięknego snu. To nie budzik, a mama. Pyta czy wszystko dobrze. Jasne, że dobrze. Ba, wspaniale. Czasu pozostaje tyle, by zjeść bułkę, zebrać się w sobie i już stacja Międzyzdroje. Wysiadam. Nie takiego przywitania z morzem się spodziewałem. Sypie śnieg. Duże, gęste płatki tworzą bajkową atmosferę. Opuszczam dworzec i moim oczom ukazuje się Kawcza Góra. Cała biała. Przez moment zastanawiam się czy aby na pewno jestem nad morzem. Czy to nie jest jakaś górska mieścina? Nie, nie jest. Miła starsza pani pokazuje mi pokój, w którym będę spał. Zostawiam w nim cały swój dobytek i ruszam na plażę. Dzisiaj jest po prostu biała, pokryta pięknym, śnieżnym, świeżutkim puchem. Niesamowite. Po to tu właśnie przyjechałem – zobaczyć białą plażę, zamarznięte morze. Niecodzienne, niezwykłe, bajkowe. Skrzeczące mewy nad głową domagają się jedzenia. Od razu widać, że kurort – przyzwyczajone do ludzi, same na nich polują. Przygotowany na taką ewentualność, wyciągam troszkę zeschłą bułkę, której nie zjadłem w pociągu. Karmię mewy. Ach, jakaż to jest frajda. Lepię małego bałwana i ruszam w kierunku Kawczej Góry. Krótka wspinaczka pod górkę (aż trudno uwierzyć, że 50 metrów ode mnie jest morze!). Z punktu widokowego rozpościera się piękny widok na niemieckie i duńskie kurorty. Z porannej śnieżycy nic już nie zostało.Bezchmurne niebo, znakomita przejrzystość i lekki wiaterek od morza. Temperatura rośnie z każdą minutą. Z minus kilkunastu w nocy do plus 3. Jest pięknie. Z Kawczej Góry, zgodnie z planem ruszam zobaczyć zagrodę Żubrów, położoną w Wolińskim Parku Narodowym. 45-minutowy spacer ubłoconym szlakiem wynagradza widok żubrów, orła bielika, jelenia. Przyglądając się zagrodzie zastanawiam się przez moment, czy zwierzakom jest tu dobrze, może lepiej niż na wolności. Chcę w to wierzyć i z taką myślą opuszczam to miejsce. Popołudniu na położonej przy samej plaży knajpce konsumuję smażonego dorsza bałtyckiego. Sprzedawczyni zapewnia, że złowiony niedawno w Bałtyku. Wierzę na słowo, zdając sobie sprawę, że i tak tego nie sprawdzę. Poza tym, w takich okolicznościach nawet filet z sieciówki smakowałby wyjątkowo. Skórę z ryby rzucam kotom, które nie wiadomo kiedy w sporej liczbie znalazły się pod stolikiem. Wieczór spędzam w pokoju czytając książkę. Międzyzdroje o tej porze roku są wyludnione, a wszystkie atrakcyjnie rozrywkowe miejsca zamknięte na cztery spusty. W ogóle mi to jednak nie przeszkadza. Przecież przyjechałem odpocząć. Rano wstaję wcześnie – chcę zobaczyć wschód słońca. Pogoda jest po mojej stronie. Poranny mróz działa orzeźwiająco. Ruszam więc w „głąb lądu” do wyrzutni rakiet V-3. Muzeum jest zamknięte ale pozostawione na zewnątrz eksponaty w pełni zaspokajają moją potrzebę historycznej edukacji wyjazdowej. Popołudnie zajmuje kupowanie muszelek, bursztynów i innych morskich gadżetów, bez których trudno sobie wyobrazić bałtycką rzeczywistość. Jeszcze tylko raz zaciągnę się tym powietrzem, jeszcze tylko spojrzę w morze, zagwiżdżę do mewy i można wracać. Bez niespodzianek, zadowolony i uśmiechnięty wsiadam z powrotem do pociągu. Zanim zasypiam przeglądam jeszcze zdjęcia. Na jednym sfotografowałem wyryty na ławce napis: „Człowiek jest jak morze: ma swoje przypływy i odpływy”. Oj tak, w tej chwili ja mam zdecydowanie to drugie. Odpływam, zasypiam. :)

  9. Ania · 4 października 2013 Reply

    W tegoroczne wakacje odkrywałam uroki Rumunii. Rzeczywiście – było co podziwiać: malownicze krajobrazy i romantyczne miasteczka upstrzone architektonicznymi perełkami, ale jak zawsze w pamięć najbardziej zapadły mi niespodziewane sytuacje i ludzie napotkani po drodze. I tak oto, w schronisku Podragu, na wysokości ponad 2000m po drodze na najwyższy szczyt Rumunii – Moldoveanu, w promieniach zachodzącego słońca zjawiło się 3 młodych mężczyzn. Ponieważ mam dobrą pamięć do twarzy, od razu skojarzyłam jednego z nich – dwa dni wcześniej minęliśmy się na schodach hostelu w Braszowie. Pod pretekstem sprawdzenia trasy górskiej na mapie, podeszłam do nowo przybyłych i zaczęłam przyjazną pogawędkę. Okazało się, że znany z widzenia chłopak jest Niemcem, a jego dwóch kolegów to Izraelczycy. Staliśmy nad kociołkiem, w którym wrzała chińska zupka, a ja nie mogłam powstrzymać się od myśli, jakie scenariusze potrafi pisać historia. Niespełna 70 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej, przypadkowo spotkali się Niemiec, Żydzi i Polka – wolni, równi, szczęśliwi. Bez wzajemnych roszczeń i pretensji. Zgodnie ustalili trasę dalszej wędrówki, wspólnie zjedli kolację i spędzili razem wieczór w przyjaznej atmosferze. Za to warto wznieść toast. I za to, aby historia sprzed 70 lat nigdy więcej się nie powtórzyła.

  10. Ania · 4 października 2013 Reply

    Najlepszym dniem tego lata, za który chce wnieść toast jest 15 lipca. W tym dniu w końcu, po dłuuuuuuuugich poszukiwaniach znaleźliśmy nasze wymarzone mieszkanie, ciepłe, słoneczne, z ogródkiem gdzie można posiedzieć przy grillu lub w blasku słońca. Teraz mamy więcej prywatności i czasu dla siebie. Jest też więcej obowiązków ale nie poddajemy się:) Dodatkowo udało nam się otworzyć własną działalność, dzięki której jesteśmy bardziej niezależni i mogliśmy pokazać wszystkim, którzy w nas wątpili że byli w błędzie:) Bo najważniejsze to się nie poddawać i iść do przodu z uśmiechem i nadzieją:)

  11. yoanna · 4 października 2013 Reply

    Moja historia jest krótka. Byłam ja, był on, było słońce, plaża, było wino. Było krótko, intensywnie i piorunująco dobrze. Za ten dzień wznosiłabym toast codziennie do momentu aż znowu się nie spotkamy… :)

  12. Kasia · 4 października 2013 Reply

    Mazury, wrzesień i my. Pogoda żeglarska, emocji dużo i spontaniczna decyzja. Weźmy udział w regatach! może i amatorskich, ale 30 łódek na linii startu robiło swoje. Niespodziewane zwycięstwo. Hurra! I zwycięstwo kolejne – przełamanie stereotypu – toast wzniesiony schłodzonym Moscato Jacob’s Creek … jak to, zapytał ktoś z tłumu :-) Tak to, że XXI wiek zobowiązuje, Mazury cud natury, ale lodówka (na gaz) na łódce musi być. A gdzie lodówka tam i wino. Bo wino tak pięknie akcentuje te zwycięskie chwile. Rzekłabym, smak zwycięstwa to ONO :-)

  13. Marianna · 4 października 2013 Reply

    Zawsze warto wznieść toast za odkrywanie nowych smaków. I ja właśnie to czynię! :)
    Upalny czerwiec, mała wioska w Bieszczadach. Jeden sklep, jedna restauracja, w której specjalnością jest świeży, dopiero co złowionym pstrąg, 2, słownie dwa domki do wynajęcia i my w jednym z nich. Wychodząc na malutki tarasik widok na las, góry i hodowlę danieli. Raj na ziemi! Nigdzie jak tam nie smakował chleb z pasztetem i kawa tzw. 3 w 1. Grill też był nietypowy :) Najpierw zauważyliśmy, że jest węgiel do grilla, później sam grill. Czyli, na blachę do ciasta nałożona została kratka. Wyczyszczona, błyszcząca. Zachęcająca do grillowania. Skoro tak, to poszliśmy do jedynego sklepu. „Co podać?”, zapytała pani sprzedawczyni. „Coś pysznego na grilla”, odpowiedzieliśmy. „Mam tylko kiełbasę z serem, podać?”. Spojrzałam na męża, on na mnie. Kiełbasa z serem? A co tam, niech będzie. Kupiliśmy i zaczęliśmy grillować to cudo. Ser był w środku, więc z ponacinanej kiełbasy skapywał do grillowej blachy. I całe szczęście, bo dzięki temu lepiej się paliło nasze to prowizoryczne urządzenie. W normalnych warunkach pewnie nie spojrzałabym na wynalazek pod tytułem „kiełbasa z serem”. Ale wtedy… Piękny, ciepły wieczór, tętniąca życiem przyroda dookoła i mąż u boku. Tych letnich smaków nie zapomnę nigdy. Bo nie ważne co się je, ważne w jakich okolicznościach przyrody i z kim :)

  14. stazyz · 4 października 2013 Reply

    To były wakacje, a może raczej powinnam napisać to był szalony i ekstremalny rejs. Tak, tak ekstremalny bo…zacznijmy od początku…Z okazji 25 rocznicy ślubu otrzymaliśmy z mężem trzydniowy Rejs po zatoce Gdańskiej jako prezent marzeń… tylko zastanawiam się czyje to marzenie miało się spełnić? bo chyba nie moje:) No ale nic, aby nie urazić darczyńcy, postanowiliśmy pojechać i popłynąć tym super jachtem i odwiedzić zaplanowane porty. Na miejscu okazało się jednak, że to jest wprawdzie rejs
    po zatoce, ale szkoleniowy i wszystkie czynności na jachcie wykonują takie same szczury lądowe jak my, niepotrafiące żeglować, a już o zwykłym pływaniu nie wspomnę… Przez pierwsze godziny rozgryzaliśmy przepisy bezpieczeństwa, różne potrzebne wiązania oraz wszystkie zakamarki 11 metrowego jachtu, najlepsze było to, że jedyna osoba – kapitan, która powinna się na tym wszystkim znać uczył się razem z nami, tak, tak, pierwszy raz prowadził takie szkolenie i pierwszy raz na takim jachcie…
    Zapowiadała się niezła impreza, przyznam się, że kilkakrotnie przez głowę przemknęła mi myśl, czy czasem nie zabrać swoich rzeczy i nie zniknąć z tego arcy magicznego miejsca, ale…gdy ujrzałam ogromną radość na twarzy męża, poddałam się …a co tam, niech mnie zjedzą ryby, poświęcę się. Wypłynęliśmy, kierunek Jastarnia. Fale rzucają jachtem jak oszalałe, jeden z uczestników szkolenia wisi już jakiś zielony, na rufie i i i i … Została nas tylko trójka… wisimy na tych żaglach jak pająki u sufitu, ciągniemy jakieś liny, wiążemy je i i i nagle zauważyłam, że te zwisy i napinanie lin zaczyna mi się naprawdę podobać, sterowanie przy takich falach to też fiu fiu frajda. A gotowanie wody na kołyszącej się maszynce na prawo i lewo, w górę i w dół, to już wyczyn iście mistrzowski. Ale jak smakuje kawa hmhmhm wszystkie kawy się chowają, ta, to prawdziwa pychota! Zawitaliśmy do mariny, szybka kolacja, o myciu nawet nikt nie wspomniał, zmęczeni, zbici słońcem i wiatrem zasypiamy w kojach jak małe dzieci. Następnego dnia powtórka: fale, słońce, wiatr i jeden zielony uczestnik na rufie:), ale my już nie te szczury, my uwijamy się jak prawie, prawie… Wilki Morskie. Kapitana – młodziutkiego „chłopaka” rozpiera duma, ale ma pojętnych uczniów, płyniemy na Hel, a następnie do Gdańska. Ja wprowadzam jacht do portów, nikt nie chciał…, bo bali się ogromnych statków hihi, a ja nie przyznam się przecież, że i moje nogi delikatnie dygocą, no i nie musiałam gotować niezbyt przyjemnie pachnących parówek:) Zmęczeni, ale i radośni myjemy się szybciutko i wyruszamy na zwiedzanie Gdańska nocą. Niedziela, powrót do Gdyni przez Górki Zachodnie:). Słońce, wiatr, fale jeszcze większe niż wcześniej i jeden uczestnik na rufie…, pomimo zażycia kilku tabletek Lokomotiv:) Cudowne fale rzucają jachtem na prawo i lewo, w górę i w dół, fale rozbijają się o dziób robiąc nam zimny prysznic. Jest fajnie, jest pięknie, jest cudownie. Nie myślę o zakładaniu kamizelki ratunkowej i nie rozglądam się czy ponton jest na swoim miejscu…teraz to ja jestem na swoim miejscu i wiem, że ten rejs nie był ostatnim:) Ach to były wakacje…:) Wznoszę toast; za wakacje niespodzianki i odważnych żeglarzy, czyli za tych co na morzu hihihi:)

  15. Nina · 4 października 2013 Reply

    Piątka obcych sobie ludzi spotkała się w pociągu. Polka, Rosjanin, Hiszpanie i Amerykanin. Kuszetki wyprzedane, zostały tylko miejsca siedzące i prawie 50 godzin drogi relacji Pekin – Lhasa. Przerażenie w oczach Nas wszystkich – nie Azjatów i perspektywa przejazdu dwóch nocy w pozycji zwiniętego kłębka wełny. Pociąg, cud chińskiej inżynierii, wjeżdża na wysokość 4 tyś.m.n.p.m, pozbawiając nas połowy dostępnego w powietrzu tlenu. Wszyscy obawialiśmy się momentu nadejścia choroby wysokościowej, ALE pochłonięci rozmową i zabawą, nawet nie zauważyliśmy stale wzrastającej wysokości. Wyprzedane kuszetki sprawiły, że spędziliśmy jeden z lepszych weekendów w naszym życiu – ściśnięci, skuleni, brudni i niewyspani. Po przyjeździe do Tybetu okazało się, że zapisaliśmy się do jednego biura turystycznego i spędzimy w tym samym składzie kolejny tydzień! Gdy wieść wyszła na jaw, krzyknęłam radośnie: Szampan, szampan dla wszystkich! Niestety mieliśmy tylko jaśminową herbatę, ale obiecaliśmy sobie, że przy kolejnym spotkaniu będzie to już prawdziwe wino musujące! Szczęście poznania nowych przyjaciół to wyśmienita okazja aby wznieść toast. Czekamy na kolejny raz!

  16. Artur · 4 października 2013 Reply

    Szanowne Jury Konkursowe,
    Chciałbym podzielić się z Państwem moim wyjątkowym i niepowtarzalnym spotkaniem z kobietą. Jest to historia oparta na faktach, więc myślę że takie najlepiej się będzie czytać. Niestety muszę przyznać, że niepowtarzalność nie wynikała z wspaniałych chwil spędzonych właśnie z „nią”. O nie !
    Była to najgorsza randka jaką przeżyłem. Mało tego. Nie słyszałem o kimkolwiek wśród znajomych, kto musiał przeżyć taką żenadę, wstyd i doznać urazu na cały swój żywot.
    Ale powiem od początku. Wszystko zaczęło się, gdy wakacje dobiegały końca, noce robiły się coraz chłodniejsze a dzień, w którym zaczyna i zaczynało się co najgorsze, czyli początek roku szkolnego i II wojny światowej zbliżał się wielkimi krokami. Po paśmie niepowodzeń w znalezieniu sobie kogoś na wakacjach nadszedł moment, kiedy stwierdziłem, że przecież od czego jest internet? Mnóstwo szczęśliwych małżeństw dookoła miało swoje podstawy w komunikacji niebezpośredniej, a za pomocą tego dobrodziejstwa techniki jakim jest komputer.
    Na portalach spodziewałem się ogromnej liczby nieszczęśników, którzy z wielu powodów nie mogą znaleźć swoich drugich połówek i nie myliłem się. W okolicach mojego najbliższego miasta umieszczonych było dziesiątki ogłoszeń kobiet pragnących poznać „tego jedynego, wymarzonego”. Musze tu dodać, że większość kobiet o wielkich wymaganiach nie może wiele zaoferować w zamian. Ale do rzeczy. Po kilku rozmowach z przypadkowymi osobami ujrzałem jej ogłoszenie. Nie pamiętam dokładnie treści, bo było to dobrych kilka lat temu, ale pamiętam że miała wiele wspólnych zainteresowań. Była studentką ekonomii a na zdjęciach prezentowała się jako ciemna blondynka o bardzo ciepłym spojrzeniu z małymi dołkami na policzkach i malutkimi ustami. Rozmawiało nam się bardzo dobrze, dlatego po okołu tygodniu naszych konwersacji, zaintrygowany jej osobą zaproponowałem spotkanie w pizzerii. Ona, z początku niechętnie(tak, wiem, takie czucie bycia zdobywaną przez kobietę), zgodziła się i umówiliśmy się w sobotę na godzinę 19. Przyjechałem swoim 13 letnim starym fiatem. Usadowiłem się w umówionym miejscu i… czekam. Mija godzina 19:30. Dzwonię. Nie odbiera. W głowie różne myśli. Może jej coś wyskoczyło? Coś się stało? Czekałem jeszcze chwilę i już miałem się pogodzić z tym faktem, że nie przyszła, gdy dostaję sms. „Przepraszam. Totalnie zapomniałam. Byłam u koleżanki, ale idę już do domu. Poczekasz jeszcze 30 minut?” Pierwsze wrażenie jest dość ważne, no ale stwierdziłem że czekałem tyle to poczekam jeszcze to, bo może jest warto? Około 20:30 zjawiła się. Okazało się, że niedużo różni się od zdjęć w sieci co bardzo mnie ucieszyło, że niczego nie ukrywa. Poznała mnie, przysiadła się do stolika, rzucając krótkie, beznamiętne „cześć” po czym zamówiła piwo u kelnera i spytała mnie czy zapłacę za nią bo zapomniała wziąć jakichkolwiek pieniędzy. Ja zszokowany jej brakiem kurtuazji i pełną swobodą powiedziałem, że jasne i że nic się nie dzieję (w końcu ja ją zaprosiłem). Spytałem się, co robiła u koleżanki, że zapomniała o bożym świecie. Odpowiedziała że właściwie nic oprócz rozmawiania. Od łyka do łyka wypitego przez nią piwa zaczęła mówić coraz więcej i więcej i w pewnym momencie nie umiałem powiedzieć cokolwiek. Przez cały czas buzia jej się nie zamykała a opowiadała o : swojej hodowli pająków, ich sposobie życia, jedzenia małych robaków, makabrycznych wypadkach, które przeżyła w dzieciństwie tj. 2 wypadki samochodowe, jeden rowerowy, opowiadała o tym jak miała złamaną rękę i kość niemal przebijała skórę. To wszystko mówiła z takim szalonym uśmieszkiem że zacząłem się jej bać. Pomyślałem że może zgłodniała u tej koleżanki to zamówiliśmy wspólnie pizzę. Do dziś przechodzą mnie ciarki po plecach, kiedy ja jadłem widelcem i nożem a ona patrząc na kawałek w dłoniach jakby nie jadła tydzień, wsadza go do buzi a tłuszcz i ser spływa z jej łokci. Kukurydza natomiast była na stole, na podłodze i na jej koszulce. Po wszystkim… głośno beknęła, śmiejąc się i powiedziała coś w stylu „westchnęła księżniczka”… Zamurowało mnie i chciałem się jak najszybciej stamtąd ulotnić. Nie było to łatwe z częstotliwością jej gadania, ale po kilkunastu minutach po feralnej pizzy powiedziałem jej że muszę już powoli jechać, a ona zaczęła mnie przekonywać, że jeszcze nie, że przykro jej itd. Było mi bardzo głupio i tak „na litość” powiedziałem jej „no dobrze, jak nalegasz żebym został możemy się przejść i porozmawiać po małym parku (kilka drzew z fontanną niedaleko pizzerii), ale za kwadrans naprawdę będę musiał już jechać”. Z miną smutnego karpia zgodziła się i w tym momencie chodząc po parku (było już późno i nie było już prawie nikogo) rzuciła się na szyję i powiedziała mi z szybkością światła, że bardzo jej się podobam, nie miała żadnego chłopaka i czy zostanę jej pierwszym bo się … uwaga…. ZAKOCHAŁA(!). Odepchnąłem ją od siebie i powiedziałem że nic nie niej nie czuję i że oprócz znajomości koleżeńskiej nie ma na co liczyć. Ona wtedy zrobiła coś dziwnego – ponownie się na mnie zawiesiła i zanim zdążyłem zareagować pocałowała mnie w usta i próbowała wsadzić język do środka. Wtedy już nie wytrzymałem i krzyknąłem „odwal się do cholery”. Rzuciłem tylko że muszę jechać i pognałem do auta. Odetchnąłem w środku ale nie na długo. Później musiałem przeżyć dwutygodniowe grożenia samobójstwem z jej strony z mojego powodu, wydzwanianie i wypisywanie było również. Na szczęście po jej zablokowaniu i zmianie swojego numeru wszystko wróciło do normy ale ślad pozostał. Od tego czasu picie piwa z kobietą brzydzi mnie, a jedyny trunek, który mogę pić z kobietą to wino. A jeśli chodzi o kandydatki na kobietę swojego życia, to obiecałem sobie że już nigdy nie będę szukał dziewczyny w sieci.

  17. kasiek · 5 października 2013 Reply

    Sobota. Dzień nijak nie zapowiadał się niezwykle i wyjątkowo, wprost przeciwnie – zaczął się jak kazdy inny dzień tych wakacji: wstałam z łóżka prawą nogą, gdzieś pomiędzy siódmą a ósmą, rano oczywiście. Niemal od razu dopadły mnie wszystkie dwie sztuki dzieci i uwięziły w mocnym uścisku a gdzieś zza pleców usłyszałam jak mój mąż ze śmiechem woła: pierwszy w łazience! Czyli że ja z potworami robię śniadanie. Naleśniki z nutellą i dżemem – chce ktoś? Wszyscy chcieli…Kiedy w końcu udało mi się w łazience uzyskać wygląd kobiety, ustawiłam wszystkie dzieci, łącznie z małżonem, w rządku i poinformowałam: teraz idziemy na spacer, zakładać buty, raz! Po 10 minutach rzeczywiście udało nam się buty odnaleźć, a po kolejnych 20 nawet wyjść z mieszkania…Spacer minął bez ofiar, obiad bez bitwy na kulki ziemniaczane – pewnie dlatego, że zamówiliśmy pizzę i nagle stała się godzina 15-sta, czas na rytualną wizytę teściowej. Trudno w to uwierzyć, ale nawet to udało nam się jakoś przetrwać i wieczorem wszyscy wylądowaliśmy na wypoczynku oglądając (po raz kolejny) Zygzaka i Złomka. Jeszcze tylko książka do łóżeczek, książka do łóżka, ciepła kąpiel, kieliszek wina, ew. piwko i padamy do snu a Wy pewnie zastanawiacie sie, gdzie ta pozytywną, ciekawa i radosna historia, która wydarzyła mi się tego lata – ta, za którą warto wznieść toast…? No właśnie ją opowiedziałam – dla mnie każdy dzień jest czymś wyjątkowym, wartym uśmiechu, wartym przeżycia…Że niby nie byłam na fantastycznej imprezie, że nie poznałam wyjatkowych ludzi, nie przeżyłam inspirujących podróży….? Na pewno nie?;)
    Wznoszę toast za zwykły dzień, który przeżywamy z uśmiechem, za chwile, w których jesteśmy szczęśliwi i za ludzi, którzy dzielą z nami codzienność.

  18. Patrycja · 5 października 2013 Reply

    Mimo, że wakacje to w rodzinnym mieście, bez specjalnego wyjazdu..jednak niezapomniany dzień. Szukający zajęcia wraz z chłopakiem postanowiliśmy sie rozerwać jeżdząc na rowerze. Trasa wybrana, przewidywany czas na przygodę ok 4 godziny. Jedziemy. Kiedy dojechalismy okazało się, że trafilismy na bardzo ciekawy dzień dla mieszkańców owej wsi, mianowicie Święto Gospodyń Domowych. Zatrzymaliśmy się, z ciekawością przyglądalismy się stoiskom, dzieciom zajadającym się specjałami swoich Babć i Cioć, starsi panowie rozkoszowali się domowymi nalewkami. Jako, że mieszkamy w większym mieście był to dla nas niecodzienny widok, ludzie bez żadnego skrępowania chodzili w kaloszach, kobiety w chodakach, dzieci w kapciach, klapeczkach, samych bluzeczkach i majtkach. Nikt nie był specjalnie wystylizowany, od ludzi biła naturalność i swoboda, wszyscy się znali. Jako „obcy” stwierdzilismy po chwili „podgladania”, że na nas pora, że jedziemy dalej. W tej chwili zaczepiła nas chyba najstarsza Kobieta jaką miałam przyjemnosc poznać, pani Janina. Mimo wieku była bardzo żywiołowa, uśmiechnieta i towarzyska. Zaprosiła nas do degustacji wyrobów domowych, do wspólnego czytania legend, tańców i zabaw. Nim się obejrzeliśmy już byliśmy w wirze święta, mimo sportowych spodenek i trampek bawilismy się można powiedzieć solidnie. Idealne określenie dla beztroskiej sielanki, przepysznych specjałów, ciast, ciasteczek, nalewek. Kupiłam parę haftów, kilka buteleczek z napojami 😉 oraz mase ciastek. Jakoś wpakowaliśmy to wszystko do naszych małych sportowych plecaczków. Nie byliśmy niczym w rodzaju specjalnego gościa- przeciwnie, traktowali nas jak swoich. Atmosfera była wspaniała, pani Janina i reszta mieszkańców bylo bardzo mili. Zrobiło się poźno, i jak na lato juz sie sciemnialo, gdyż dochodzila 22. Syn pani Janiny powiózł nas swoją można powiedziec dorożką ( na codzien wozi w niej siano) do głównej drogi, z której już bez problemu trafiliśmy do domu. Wyprawa była niesamowita, nie spodziwaliśmy sie takiego obrotu akcji. Datę zapisałam w kalendarzyku i mamy nadzieję za rok powtórzyć wizytę.. A toast należy wznieść za beztroskie życie na wsi, wspaniałą atmosferę, ludzi, którzy żyjąc na codzień skromnie, potrafią cieszyć się ze wszystkiego i mają w sobie bardzo dużo ciepła. Dziękuje

  19. Karolina · 5 października 2013 Reply

    MÓJ NAJZNAKOMITSZY TOAST TEGO LATA opiera się o historię, której nie zapomnę do dziś :

    Razem biegnąc, przemykamy pomiędzy własnymi sylwetkami ,zasłaniając swoje łokcie scalamy się nawzajem, w falującym ciepłym powietrzu, w którym kąpie się reszta polany, drgamy podłóg jej serca. Tętno ustawicznie wzrasta.

    Wybujała polanka od wschodu otoczona niebotycznie starym jabłkowym sadem przyjmuje nasze ciała ulegle. Silnie dyszący, jak ryby które otwierają dziubki, składamy zgodnie z zasadą grawitacji nasze dusze na łące. Leżę pomiędzy wachlarzem wiosennej trawy, w okularach i kapeluszu, cała w atmosferze majowego miesiąca, tuż obok najukochańszego mężczyzny pod tym właśnie słońcem. Słyszę dzwonki aplejskie, dotykam wyjątkowo urodnej napastnicy purpuowej, goździki górksie częstują nas swoim nasyconym kolorem, a borówki wskakują na przemian nam do ust. Moje zrelaksowane myśli odbiegają gdzieś ku głębinom białego sadu, ku sercom zielonych koszteli, czuję ten sad i dosłownie czuję jego smak. Kosztując wzrokiem białe, kruche soczyste papierówki wracam wyobraźnią do czasów dzieciństwa, dalekowzroczny wspominek sięga również do starej siedemnastowiecznej koszteli, kulisty kształt lekko stożkowaty i błyszcząca skórka przypomina mi moją mamę , tą z czasów PRL-u, kiedy to kobiety pachniały perfumami zalotnie zwanymi„zielone jabłuszko”.
    Nagle moją uwagę zwraca głucha cisza, wiatr ustaje, a mój ukochany podnosi się, dłońmi prostuje wymiętą kraciastą koszulę, pełen animuszu strzepuje małego pajączka ze sznurówki. Nie mówiąc nic, a jedynie rzucając w moją stronę zalotnym uśmiechem wyciąga dłoń podnosząc mnie energicznie ,jednocześnie łapiąc za pleciony koszyk w locie. Wskakuję mu na barana i oby dwoje kierujemy się szturmem w stronę wyrosłych jabłoni. Zapowiada się jabłkobranie. Wspinająca się wzdłuż własnego ciała wydłużam nogi, stając na palcach. Chcę złapać w kosz wyjątkowo dorodne jabłko. Mój mężczyzna nagina delikatnie gałąź , a ja tuż za moim owocem wybrańcem dostrzegam złoty krążek zawieszony na czerwonej kokardce. Ściągam gałąź i ściągam wzrok koncentrując go na błyszczącym cudeńku. Ukochany podsadza mnie ,a ja zrywam tajemniczą kokardę. Pierścionek ! Ktoś poprosił ciszę, świat zamilczał, ktoś klęknął. Polana zatrzymała się i mój ukochany zatrzymał się również wzrokiem głębokim ku mnie. Zadrżałam widząc jak pada na kolana, zadrżałam jeszcze raz czując jak porywa mnie w ramiona. Złoty pierścień z szmaragdowym oczkiem trzymałam w spoconej dłoni tak mocno,jak mocno on trzymał teraz mnie. Złożyłam swe dłonie w jego, tak jak składa się laurkę w kształcie serca, scaliłam je jak do modlitwy. Nie wróciliśmy już na koc, ściskaliśmy się na nowo, pełni łez, oczekiwań, wzruszeń… W białym sadzie, wśród jabłoni, cały mój świat prosił o me serce.

  20. Czekolada · 6 października 2013 Reply

    Drodzy Czytelnicy!
    Za cóż mogłabym wznieść toast? Za tegoroczne wakacje w Turcji . W sierpniu wylecieliśmy na wymarzone wakacje do Turcji. Podróż samolotem na trasie-Warszawa- Bodrum. Na lotnisku w Warszawie pojawiły się pierwsze problemy. Odprawę bagażową przeszliśmy w mgnieniu oka, niestety przy odprawie paszportowej , podczas skanowania dokumentów i biletów, ku naszemu zdziwieniu zapytano mojego R. , co robi po tej stronie bramki skoro już przeszedł odprawę. ..Przetarłam oczy ze zdziwienia wpatrując się w ekran skanera i widząc napis STOP. Ponownie zeskanowano dokumenty, absurd,znowu STOP. Poprosiłam o ponowne skanowanie.Tym razem wyskoczył znak O.K. Pracownik lotniska zadzwonił do kogoś, aby sprawdzić , czy faktycznie (absurd!) mój R. nie korzystał dziś z linii lotniczych LOT podróżując na innej trasie. Po kilku minutach nerwówki, przepuszczono nas przez bramki i weszliśmy do samolotu. Pełni pozytywnego humoru i wiary, że przecież taki mały incydent nie może popsuć nam wyczekanych wakacji, relaksowaliśmy się podczas ponad 2 godzinnego lotu. Po wylądowaniu samolotu na lotnisku w Bodrum w Turcji, pomyślnie przeszliśmy odprawę paszportową, opłaciliśmy wizy i udaliśmy się do taśmy w calu odebrania bagaży. Mój bagaż pojawił się na taśmie zaraz po jej uruchomieniu. Po nim masa innych bagaży,ale braka bagażu mojego lubego. Czekaliśmy 30 min z zegarkiem w ręku…Nici, wszyscy mają bagaże, a mój R. nie…Wszyscy Polacy opuścili już terminal a my, dalej stoimy i czekamy. Mówię do mego R.-Misiu, idź proszę na zewnątrz, przecież touroperatorzy czekają przy autokarach, powiedz, że nie ma naszego bagażu, ja załatwię to w biurze zgubionych bagaży na lotnisku. On pobiegł jak poparzony a ja pełna złości udałam się do okienka, aby zgłosić zaginięcie bagażu. Mówię po angielsku-jakież szczęście. Jakiż to pech, że pani w okienku ledwo co…Dogadałyśmy się jakoś, bardziej na migi,wypełniłam na miejscu stosowne dokumenty, zostawiłam swoje dane osobowe,numer telefonu,nazwę hotelu, podziękowałam i wyszłam. Pod terminalem czekał na mnie mój R., Rezydentka i cały autokar zdenerwowanych ludzi. Przywitałam się i podziękowałam za cierpliwość. rezydentka uspokajała mnie, że na pewno bagaż się odnajdzie.Myślałam sobie-tak,pewnie, tylko my przylecieliśmy do Bodrum na tydzień…w czym mój R. będzie chodził przez całe wakacje? W jednych bokserkach,dżinsach i tiszircie? O looosie! Ze łzami w oczach wsiadłam do autokaru. Pojechaliśmy do hotelu. Mój R.pocieszał mnie-Przecież będzie dobrze, kupimy dla mnie jakieś ciuchy i będę najwyżej w jednych spodenkach śmigał przez cały tydzień… Po obiedzie w hotelu i krótkim odpoczynku, wyciszyłam się i uspokoiłam. Pomyślałam sobie- Przecież zgubienie bagażu, nie może nam popsuć urlopu, przecież cały rok na to czekaliśmy…Przebrałam się i poszliśmy na zakupy. Obkupiliśmy mojego R. Japonki,spodenki,bokserki,dwa tiszirty. Kilka tureckich Efezów…Wieczorem usiedliśmy na plaży i śmialiśmy się z tego , co się nam przydarzyło…Byliśmy w Bodrum tydzień czasu. Od niedzieli do niedzieli. Bagaż znalazł się w czwartek. Utknął na lotnisku w Warszawie. Zaczepił się na taśmie. Był uszkodzony,całe szczęście, zawartość nie. Pozdrawiamy linie lotnicze LOT . Wznoszę toast!

  21. Madzia · 6 października 2013 Reply

    Za chwilę obecną! Za problemy, których mogłoby być więcej i szczęścia, którego mogłoby być jeszcze mniej. Za osoby, które mogłyby nie być takie bliskie. Za ludzi, którzy pojawiają się i znikają. Za tych, którzy zgubili się po to by spotkać się w połowie drogi. Za spotkania po latach i wiarę, że nic się od tego czasu nie zmieniło. A przynajmniej nasze uczucia, równie gorące jak zawsze. Za stałość i zmienność zarazem. Za przyjaźń, która nie zostaje dotknięta przez ząb czasu…!

  22. Adi89 · 6 października 2013 Reply

    Chciałbym podzielić się z Wami historią moich oświadczyn, które nastąpiły pod koniec lipca tego roku, a które jeszcze nie zostały porządnie opite. A zaczęło się tak… Po ponad trzyletnim związku z moją ukochaną zdałem sobie sprawę, że nadszedł czas, abym jako prawdziwy mężczyzna zrobił kolejny krok ku wspólnemu życiu. Pod pretekstem nagrody za ukończony kolejny rok studiów zabrałem ją w tajemniczą podróż do malowniczej wioski pod Nowym Tomyślem, przy której znajduje się rozległy park z kompleksem pałacowym. Miało być idealnie, na zdjęciach w internecie wszystko było jak z bajki. Gdy dojechaliśmy okazało się, że basen pałacowy jest nieczynny z powodu awarii. To już nas dobiło na starcie, bo obiecałem mojej małej, że wypoczniemy zasłużenie, kąpiąc się w basenie. Zmęczeni podróżą poszliśmy się odświeżyć do pokoju, negatywne emocje nieco opadły, choć zdążyłem już stracić ochotę na oświadczyny… Wtedy do pokoju przyniesiono nam kwiaty, które uprzednio zamówiłem. To było kolejne rozczarowanie, bukiet za pół setki złotych składał się z pięciu gnących się wiechci przypominających odrobinę róże. Wykosztowałem się na ten pobyt, a praktycznie wszystko było nie tak jak sobie zaplanowałem, mimo to moja ukochana miała odrobinę lepszy humor. Wtedy poszliśmy na spacer po parku przy pałacu. Okazało się, że jest zdewastowany i zarośnięty, nie było tam nawet romantycznego mostka nad wodą na którym chciałem się oświadczyć, ani ławki nieopodal, do tego męczyły nas jakieś wielkie, zmutowane muchy, strasznie natarczywe mimo, że byliśmy świeżo po kąpieli i ładnie ubrani. Wróciliśmy po krótkim spacerze do pokoju i postanowiłem, że przełożę to na inną okazję, bo to był jeden wielki niewypał z tym wyjazdem, wtedy ona mnie przytuliła i uspokoiła. Udaliśmy się do restauracji pałacowej na kolację. W tle rozlegał się utwór „Edith Piaf – La vie en rose” co sprawiło, że klimat był niesamowity. I wtedy coś we mnie pękło… Padłem przed nią na kolana, wyjąłem pierścionek i spytałem, czy zostanie moją żoną. Odpowiedziała: „tak…”, jednocześnie spoglądając na mnie najbardziej zakochanym wzrokiem jaki kiedykolwiek u niej widziałem. Zrozumiałem, że w życiu nie wszystko da się zaplanować i że nie musi być idealnie, aby było pięknie… Może co niektórym ta historia wyda się nudna, ale liczę na to, że jednak zechcecie wznieść ze mną toast za to, że pewna dziewczyna zgodziła się spędzić ze mną resztę życia i przy okazji za to, aby Wam i nam się wiodło. Bardzo się cieszę, że mogłem się z kimś tą historią podzielić :-)

  23. Magdalenne · 7 października 2013 Reply

    Studencki budżet, pstro w głowie i wakacje w jednym z najdroższych miast Włoch…Florencja! Oj przetrzepała nam kieszenie, wciągnęła w wir turystów i nie chciała wypuścić ze swych objęć. Kilka pierwszych dni rozbijania po mieście i próbowania aromatycznych kaw, kremowych lodów i specjałów toskańskiej kuchni zaowocowało debetem na koncie:) Dalsza część wyprawy mijała nam na taniej diecie winnno-serowej. Nie narzekaliśmy jednak, gdyż tamtejsze Chianti w połączeniu ze słońcem wprawiało nas w szampańskie(a raczej wypadałoby powiedzieć „winne”) nastroje. Pod koniec pobytu postanowiliśmy się jednak godnie pożegnać z Florencją wybierając cieszącą się świetnymi opiniami restaurację. Raz się żyje pomysleliśmy!

    Podliczywszy wszystkie koszty wylądowaliśmy w uroczym miejscu, przy stoliku dla dwojga z któego moglibyśmy nigdy się nie ruszać. Światło świec, zapach pomidorów i oliwy w powietrzu, lekki chłód sierpniowego wieczoru dochdzący do nas z tarasu, genialne jedzenie i bardzo drogie wino. Kiedy już napełniliśmy brzuchy i do ostatniej kropli dopiliśmy swoje lampeczki cennych trunków mój chłopak z uśmiechem poinformował kelnerkę następującymi słowami „i would like to pay”. Ona ze zrozumieniem skinęła i zniknęła na moment. Wróciła z dodatkowymi lampkami wina. Zaskoczeni sytuacją pomyśleliśmy: trudno, albo nie rozumie, albo to taki miły gest od restauracji do rachunku. Wypiliśmy…rachunek jednak się nie pojawiał. Włosi jednak nie są biegli w angielskim, to już wiedzieliśmy. Postanowiliśmy zatem tym razem zwrócić się z prośbą do pana kelnera który zbierał od nas zamówienie i zdawał się rozumieć więcej niż ta pani. Historia ta sama: uśmiechy, potakiwania i…. wino ponownie na naszym stole!:) No nie… jeśli to będzie trwało tak w nieskończoność to nigdy stąd nie wyjdziemy,a co więcej: nie wypłacimy się! Skoro wino stało już na naszych stołach, wypiliśmy i te kieliszki, a następnie przeszliśmy do pantomimy pod tytułem „dajcie mi wreszcie zapłacić ten rachunek”. Wymachiwanie portfelem wreszcie zostało prawidłowo zrozumiane! Lżejsi o za dużą ilość euro spacerowaliśmy wzdłuż rzeki Arno, śmiejąc sie do rozpuku z wymachiwania pieniędzmi przed zdumianymi oczami kelnera i planując co tu począć ostatniego dnia pobytu ze szczątkami na rachunku: wybór był jeden, zamiast hotelu..noc pod gwiazdami! Nie jestem w stanie wyrazić jak jestem wdzięczna za doliczanie nam do rachunku kolejnych procentów.

    Dzięki temu spędziłąm cudowną ciepłą, romantyczną noc plotkując z nieznajomymi pod Duomo, śpiewając polskie szlagiery z napotkanym tam muzykiem z Torunia i pijąc ostatnią butelkę Lambrusco w trakcie tego pobytu. Pomyśleć że moglibyśmy przespać coś takiego!

  24. Paulina · 7 października 2013 Reply

    Były wielkie nadzieje, wielkie plany, półroczne przygotowania. Odważne przedsięwzięcie – własna firma. Całkiem nowa branża, zero doświadczenia- jednym słowem szaleńczy pomysł. Ale był też ogromny zapał, głowa pełna pomysłów, trochę środków na start i wsparcie rodziny. No i wiara w to, że da się zrealizować każde marzenie, jeśli tylko bardzo się tego chce. Wszystko ruszyło z początkiem lata, a nawet trochę wcześniej. Podczas gdy inni planowali urlopy i miło spędzali czas korzystając z uroków lata, ja toczyłam walkę. Walkę z biurokracją, z konkurencją, o klientów, walkę z własnymi słabościami. Ciężka praca od rana do wieczora. Nie trzeba było długo czekać, żeby się przekonać, że to nie ja wyszłam z tej walki zwycięsko. Wraz z końcem lata skapitulowałam- pokonało mnie zmęczenie, poczucie bezradności i niepewności, brak perspektyw. Następny młody przedsiębiorca, który nie dał rady na wymagającym polskim rynku. Z poczuciem porażki dokonałam końcowego rachunku zysków i strat- stracony czas i kapitał to nic, gorsze są utracone nadzieje i brak wiary we własne możliwości. Po straconym lecie wracam na rynek pracy. Nie ma co- udana wakacyjna przygoda.

    I za co tu wnosić toast?

    Za to, żeby po każdym upadku mieć siłę powstać i iść dalej. Żeby zawsze wierzyć, że uda się spełnić marzenia, mimo miliona nieudanych prób ich realizacji. Za to, żeby w najgorszej nawet sytuacji umieć dostrzec jakieś pozytywy. Idąc tym tropem, w myśl zasady pt. „Co Cię nie zabije to Cię wzmocni” próbuję znaleźć jakieś korzystne aspekty tej sytuacji. Dzisiaj do końcowego bilansu dorzucam na plus doświadczenie i wiedzę, które zdobyłam przez ten czas. Nie żałuję. Wiem, jakie błędy popełniłam i czego wystrzegać się na przyszłość.

    Bo przecież za rok znów będzie lato. Może nawet znów jakiś pomysł i plan…? Oby tym razem się udało!

  25. Gosa · 7 października 2013 Reply

    Chciałabym wznieść toast za to, że po roku bierności zdecydowałam się ruszyć. Po roku, który był sprawdzianem mnie samej. Liczę na to, że teraz będzie już tylko lepiej. :)

  26. katka · 8 października 2013 Reply

    Chciałabym wznieść toast za to jak potoczyły się moje losy tego lata. Wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi miałam być teraz mężatką, ale nic z tego nie wyszło… na szczęście! Ze swoim facetem byłam związana przez siedem lat i choć być może widziałam że to nie to, nie umiałam przerwać tej relacji. W dodatku oliwy do ognia dolewała moja Mama, która czuła że to mężczyzna nie dla mnie, ale ja na złość Mamie postanowiłam odmrozić sobie uszy i wplątywałam się w ten związek coraz bardziej. Wolałam zmarnować sobie życie niż przyznać się do błędu. Zapędziłam się tak bardzo, że otrzeźwienie przyszło 3 tygodnie przed planowanym na czerwiec ślubem. Nagle wszystko do mnie dotarło: że spędzę życie z kimś kogo nie kocham tylko po to żeby Mama nie miała satysfakcji powiedzenia „a nie mówiłam”. Byłam przekonana że taka właśnie będzie Jej reakcja…
    Zebrałam się w sobie i zerwałam z tym chłopakiem. Wlokłam się do domu układając w głowie różne scenariusze, jak to powiedzieć Mamie, przygotowywałam się podświadomie na starcie. W końcu stanęłam przed Nią i wyrzuciłam wszystko z siebie. Jej reakcja kompletnie mnie zaskoczyła – przytuliła mnie i płakała razem ze mną. Miałam wrażenie że w tej chwili poznaję Ją na nowo, okazała się zupełnie inna niż Ją postrzegałam. Długo tego dnia rozmawiałyśmy, śmiejąc się i płacząc naprzemian. Ja mówiłam o swoich uczuciach, Ona o tym jak strasznie się o mnie bała, jak zagryzała zęby widząc w co się pakuję i nie mogąc mi pomóc. Tego dnia odnalazłyśmy się na nowo. Mama stanęła za mną murem, co dało mi siłę do działania – stawiłam czoła niedoszłemu mężowi i Jego rodzinie, odwołałam uroczystość, anulowałam wszystkie ślubne rezerwacje z wyjątkiem jednej…tyle że zamiast w podróż poślubną pojechałam do Grecji z Mamą. Miałam sporo czasu na przemyślenia i postanowiłam całkowicie zmienić swoje życie. Pobyć sama ze sobą jakiś czas by się poznać, dowiedzieć się czego chcę i co właściwie chciałabym w życiu robić. Więc wznoszę toast za nową mnie, niech mi się uda to co zaplanowałam!

  27. Daria · 8 października 2013 Reply

    Lato tego roku – ostatnie lato mojego związku uczuciowego.
    Czas jego trwania podtruwany i skracany chorobą – wypalił się,spopielił,przeminął.
    Ale – miłość trwa.
    Tak.
    Czy można żyć po miłości (słowie pod słońcem wieku XXI najzwyczajniej w świecie najbardziej oklepanym i sprostytuowanym beznamiętnie – któremu mało kto i mało gdzie się wierzy i zamienia na konsumpcję ludzi,doznań,emocji,przeżyć,towarów,usług…)?
    Trudne to.
    A gdy miłość traw?
    Życie jest piękne!!!
    Świat jest zły (bardzo) lecz –
    życie jest piękne,ten proces nie do opisania i prawdziwie kochający ludzie,
    wszelka prawda co wyzwala,nowe perspektywy,przesuwanie horyzontów myślowych,
    każdy krok na przód,własne słowo wypowiedziane w czas słuszny które jest jak ”złote jabłko w srebrnych ornamentach” i gest,tak,
    mieć ten swój gest,pasja,chwila i wieczność.
    Są sprawy które można przekłuć w co innego,są też takie które należy zamknąć i przekazać komuś innemu jak w Tolkienowskim ”WŁADCY PIERŚCIENI”
    uczynił mały hobbit świadomy,że musi odejść,że na pytanie sobie zadane ”jak podjąć przerwane wątki życia kiedy rozumiesz w duszy,że powrót jest niemożliwy?” należy sobie odpowiedzieć nie inaczej jak -” że są sprawy których czas nie poskleja,niektóre rany są za głębokie i nie chcą się zabliznić”
    Trzeba zamknąć tę ”księgę dawnych dni” i iść dalej,dalej iść i żyć.
    Pijąc w między czasie,tak,pijąc – różowe szampany i jedząc sorbetowe lody pomarańczowe – tak,bo życie trwa:)
    Dopóki trwa korzystajmy zeń i je szanujmy.
    Niezwykłe jest zakończenie jednej sprawy i przejście do drugiej,
    przemienność życia,jego różnorodność i zrozumienie tego,siła ta,co nas ogarnia i każe nam iść dalej wgłąb siebie i od siebie,ku słońcu,ku gwiazdom.
    Po doświadczeniach lata tego roku warto toast wznieść – nie za tani seks,nie za lek na wszystkie bolączki,nie za sukcesy których za 100 lat nikt nie wspomni a w pogoni za którymi wypalamy się jak same tylko sobie świecące ogniska wśród bagien i torfowisk,nie za prezenty którymi można kupić ludzi i ich słowo,nie za dyplomy i tytuły – ich zdobywców też pochłonie ziemia ” i nikomu to nie będzie oszczędzone”.
    Za to natomiast,że – stajemy nad oceanem myśli naszych,na szczytach wulkanicznych uczuć naszych – a tu zamiast łez i goryczy – widać nowe perspektywy.
    Zaczynamy od siebie,droga póki żyjemy trwa – idziemy nią nawet leżąc w łóżku,nawet nic nie robiąc.
    Czy naprawdę istnieją niezrealizowane marzenia?
    Jestem teraz sceptyczna jeśli o to chodzi.
    Sceptycyzm to uświadomienie sobie,że w naszym świecie i społeczeństwie jest wiele marzeń zbiorowych,kreowanych przez neurotyczne masy ludzkie,
    przez chciwość,wbijanie fikcyjnych potrzeb ludziom niezorientowanym w sobie i nieświadomym własnego ja,swego miejsca i czasu,że degradują nas i osaczają rozmaite definicje życia i paradoksalnie antyludzkie normy społeczne – gdy to zrozumiemy,spełnieniem marzenia a juz na pewno szczęściem i zadowoleniem będzie –
    – bez okazyjne (pozornie) wypicie różowego szampana w gronie rodziny czy bliskich,
    – zrobienie zakupów albo zaproszenie na obiad kogoś kto sobie na to pozwolić nie może,
    – przeczytanie kolejnej ciekawej powieści,
    – poświęcenie czasu na zdobywanie wiedzy z ulubionej dziedziny nauki czy innej,
    – popołudniowa herbatka z kruchym ciastem z owocami,
    – beztroski spacer po parku wczesną porą,
    – wyjście na zakupy po to tylko czasem by kupić kilka archiwalnych numerów prasy w antykwariacie lub książkę za złotówkę,
    – pojechać na targ staroci,
    – obejrzeć ulubiony film lub co tydzień robić sobie seans w kinie w godzinach przedpołudniowych,
    – co miesięczne pomaganie fundacjom czy organizacjom ratującym konie idące na śmierć czy chorych ludzi,
    – oddać książki do biblioteki zamiast je sprzedać,
    – uświadomienie sobie swoich realnych potrzeb,
    – posiadanie swego zdania i każdorazowa gdziekolwiek – umiejętność go przedstawienia,
    – hodowla ślimaków – członków rodziny które właśnie złożyły jajka….. :)))
    Brakuje jachtu na morzu śródziemnym i miesięcznych wakacji na Teneryfie oraz butów za 10 tysięcy – bo to nowy top pomysł neurotycznego czy chciwego konsumpcjonisty?
    Brakuje sportowego samochodu pod domem,wczasów w Dubaju i atrakcyjnej kobiety w łóżku – bo o tym krzyczą reklamy za które ktoś słono zapłacił???
    Oby tak żyć by być dla siebie samego pod każdym względem sukcesem – w kwestii niezależnego myślenia,autokreacji,poszukiwania nowych rozwiązań,pewnej prostoty w sposobie bycia a zarazem kunsztu w działaniu,tu trochę nonszalancji,tam sceptycyzmu – ale oby nam nie zabrakło humanizmu i szacunku do piękna,
    o tym warto rozważać,za to toast wznieś,częściej,nawet co dzień,częściej niż się dziś wznosi toast za małżeństwa które się rozpadają,za karierę która nas wyniszcza,za pęd który nie jest pędem ku życiu lecz do nikąd i przychodzi z nikąd,
    jak to mówią w Szkocji – za WOLNOŚĆ i ODWAGĘ (by sobą być).

  28. ewalukas · 8 października 2013 Reply

    Cóż się wydarzyło tego lata, by za to wznieść toast??
    10 rocznica ślubu naszego była! W związku z tym przygotowaliśmy poczęstunek dla najbliższej rodziny, na dworze, pod gołym niebem….Ja-Pani Domu, Gospodyni tegoż wydarzenia, chciałam zabłysnąć. Nagotowałam, napiekłam, naszykowałam.Ale myślę…ze wsi jestem, miastowi będą 😉 Trzeba zrobić wiejskiego smalczyku z ogórkiem małosolnym podać….
    Pogoda dopisała, goście przybyli. Jedzenie na stołach zostało. Oprócz smalczyku i ogórka małosolnego!!! To wszystko do chlebka świeżego.
    Toast za co? Za kolejne lata razem. Za kolejne spotkania w tak licznym, rodzinnym gronie, za lato, które niestety minęło…I za ten smalczyk z małosolnym, co to smakuje tylko tak wybornie na polskiej wsi, pod gołym niebem!

  29. Kotek · 10 października 2013 Reply

    Długo zastanawiałam się, jakie wspomnienie tu opisać, ale Przystanek Woodstock wygrał nawet z Paryżem! uśmiech Zeszłoroczny pobyt w Kostrzynie nad Odrą był najpiękniejszym czasem w ciągu całych wakacji. Tyle wspaniałych ludzi w jednym miejscu, wszechobecna miłość i muzyka. Każdy woodstockowicz był otwarty, uśmiechnięty i zawsze poczęstował łykiem zimnego piwa czy papierosem. Jednak najważniejszym tam uczuciem była WOLNOŚĆ. To miejsce, gdzie mogłam być sobą i każdy mnie akceptował. Gdzie można było się śmiać, tańczyć na środku drogi, pić i nikt nie widział w tym nic dziwnego czy niestosownego. Zawiązałam tam mnóstwo nowych przyjaźni, bo tam każdy był Twoim przyjacielem, nawet, gdy widziałaś go po raz pierwszy w życiu. Wspaniałe także były koncerty zespołów takich jak happysad, Poparzeni Kawą Trzy, Sabaton itd. Wszyscy tam byliśmy jedną wielką rodziną. Na szczęście kolejny Woodstock już 1. sierpnia! uśmiech Każdemu życze tak wspaniałego przeżycia uśmiech. Zdrowie tych co byli i do zobaczenia za rok !!!!

  30. agf · 10 października 2013 Reply

    Toast wzniesiony! Chętnie wzniesiemy jeszcze raz, bo okazja była taka, jaka więcej się nie zdarzy. Za takie sprawy pije się raz. Bowiem w te wakacje po wielu, wielu latach oszczędzania i szukania udało nam się z mężem kupić działkę. Ot, taki prostokąt ziemi, porośnięty trawą, krzakami, gdzieniegdzie rośnie drzewo… Tylko ziemia, a ile radości! Sam jej widok, sama świadomość, że jest już nasza, że mamy ten swój kawałek ziemi na tym świecie, upaja niemal do nieprzytomności. Tu powstanie nasz wymarzony dom. Dom, w którym synek będzie miał swój pokoik, dom, w którym będziemy mieć sypialnię już tylko dla siebie, dom, w którym stworzę spiżarnię i będę w końcu mogła w niej trzymać moje ukochane przetwory! Tak. To była i jest okazja do wznoszenia toastów!

  31. Bartosz · 11 października 2013 Reply

    Chciałbym wznieść toast za CZŁOWIEKA, RZECZ I ZDARZENIE.
    CZŁOWIEK – toast za moją cudowną dziewczynę, ktora dzielnie znosiła moje dąsy i humory na naszych pierwszych wspólnych wakacjach. Z bólem serca muszę przyznać, że faceci(w tym również i Ja) to gorsze zrzędy niż kobiety.
    RZECZ – toast za moje auto, które przewiozło nasze 4 litery przez ponad 4 tys km wyjeżdzając cało między innymi z Neapolu. Kto tam był wie, że tam na drodze to nie jest podróżowanie tylko walka o życie z krewkimi włoskimi kierowcami w ich poobijanych autach.
    ZDARZENIE – toast za wspomniane wspólne wakacje we Włoszech, miedzy innymi w Toskanii. Nawet jeśli nie wygram konkursowych szampanów, to kochani polecam Wam Toskanię, weźcie tam swoją dziewczynę, żonę. I po przyjeździe wspomniane kobiety pokochają Was jeszcze bardziej, mimo, że jak zaznaczyłem na początku zdałem sobei sprawę, że faceci to jednak duże dzieci jak często wspominają Nasze kobiety.

  32. dominika s · 11 października 2013 Reply

    Jeziora toń błękitnego,
    Miasteczka urok mazurskiego;
    Tak mi mijały każde poranki;
    Łódka i plaża , wieczorem z winem szklanki;
    Słońce co lekko tak prażyło,
    W oddali rybkę na grillu smażyło;
    Moc zabytków pozwiedzanych,
    Lasów, ścieżek zapomnianych;
    na rowerze pośród drzew,
    słychać było ptaków śpiew;
    na piaskowej pełnej słońca,
    plaży co ciągła się bez końca;
    podziwiałam wody blask,
    kiedy wschodził słońca wrzask;
    tak te chwile mi minęły,
    gdzieś w pamięci utonęły.

    Witam, mam 24 lata i mieszkam razem z mężem na Śląsku; mimo że w naszej okolicy można znaleźć kilka dość ładnych tras rowerowych , to inny rejon Polski zwiódł moje serce i zmienił życie nie do poznania. Kilka lat temu na wakacje na Mazurach zabraliśmy rowery; byliśmy wtedy amatorami jeśli chodzi o jazdę na długich odległościach. Dodatkowo nie znaliśmy terenów ; ale mimo wszystko spróbowaliśmy i nie żałujemy. Od tamtego czasu przynajmniej dwa razy w roku wybieramy się w tamte okolice , po to aby pośród drzew przemierzać kolejne ścieżki na naszych dwukołowcach. Na co dzień rower jest dla mnie niczym torebka; nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez niego. Do sklepu, parku , na działkę … zero spalin, korków . 100 % natury dookoła, niezwykłe krajobrazy i emocje , towarzyszące nawet najmniejszym wyprawą. Tego nie można zaznać jeżdżąc samochodem. Nowo poznane osoby, dzielące tą sama pasję co ja, nowe przyjaźnie. Przede wszystkim zdrowie, mam poczucie że jestem kilka lat młodsza, dużo szczuplejsza i o wiele, wiele szczęśliwsza. Uśmiech nie znika mi z twarzy, może to przez wysiłek, ale i poczucie , że odkryło się coś pięknego, dobrego i satysfakcjonującego. Nową siebie, zmienioną, radosną , pełną życia i energii. Wierzcie mi takiej metamorfozy naprawdę bym się nie spodziewała. Dodatkowo zarażam innych pasją i humorem, co jeszcze bardziej nakręca mnie na działanie. I to wszystko tanim kosztem. Ktoś jeszcze ma wątpliwości że 2 kółka są lepsze są 4? :)

  33. Lidia · 15 października 2013 Reply

    Wznoszę toast za tamte pamiętne wakacje!

    Paryż. Pewnie zastanawia Was co tu robię… to długa historia. Mówiąc w skrócie, wybrałyśmy się z przyjaciółką na wycieczkę. W planach miałyśmy wieżę Eiffla, Luwr, Łuk Triumfalny i inne miejsca, bez których wizyta w Paryżu nie miałaby sensu. Paryż – najromantyczniejsze miasto, więc nie obeszło się bez wymysłów naszej wybujałej wyobraźni. Wybrałyśmy się na podróż statkiem, który przepływa pod mostem zakochanych. Przepływając pod mostem, osoby, które siedzą na statku obok siebie, powinny się pocałować. Wtedy przepowiada to miłość na całe życie. Wiedziałyśmy o tych „paryskich zabobonach” i pomyślałyśmy: co nam szkodzi? Celowo usiadłyśmy osobno i wyczekiwałyśmy przystojnego księcia na białym koniu. Niestety nikt taki się nie pojawiał. Pierwsza z gry odpadła przyjaciółka – dosiadła się do niej starsza pani, która raczej nie przypominała przystojnego młodzieńca i nie przygnała na białym koniu. Ja czekałam dalej, ale jak na złość nikt nie chciał się dosiąść. Kiedy już całkiem zrezygnowałam, usłyszałam głos pewnego mężczyzny, który zapytał czy obok jest wolne. Nie był księciem i nie przyjechał na białym rumaku, ale był niezły. Po chwili odpłynęliśmy od brzegu. Kiedy przepływaliśmy pod mostem stało się coś cudownego. To, co wyobrażałyśmy sobie z przyjaciółką stało się rzeczywistością. Przystojny sąsiad pocałował mnie, a kiedy chciał przeprosić, chociaż tak naprawdę nie miał za co, okazało się, że jest Polakiem. Dalszą część wycieczki spędziliśmy już we trójkę i chyba nie muszę mówić, że z nieznajomym sąsiadem ze statku jesteśmy teraz małżeństwem?

  34. Agnieszka · 16 października 2013 Reply

    Już po wakacjach. A ja wciąż słyszę: GOOORĄCA KUKURYDZA!!!!!, ORZESZKI W KARMELU!!!!!. Czasem krzyczę tak przez sen… Jeżeli słyszeliście Państwo to gdzieś na plaży nad Bałtykiem to możliwe że się znamy. Tak zarabiałam na studia i tak spędzałam urlop (odpoczywałam od nauki) ! To była moja przygoda życia ,ogromna lekcja pokory i szacunku do pracy.
    Wznoszę toast za wszystkich, którzy ciężko pracują w wakacje by inni mogli odpoczywać!
    URLOP w PRACY ? Takie CZASY!. Pozdrawiam bywalców polskich plaż :)
    Wasze i nasze zdrowie!

  35. Maciek · 17 października 2013 Reply

    Czy narodziny syna to dobra historia do toastu? Myślę że nie ma lepszej. Dnia 12.07.2013 pojawił się na świecie nowy promyk słońca. Grzeje mnie swoim blaskiem cały czas. Zdrowie smyka wznoszę i was też o toast proszę !

  36. Agnes · 18 października 2013 Reply

    Wspomnienie lata 2013 r. już zawsze będzie budziło we mnie ciepłe uczucia i wywoływało uśmiech na twarzy.
    Początek czerwca, fatalna pogoda, fatalny humor. Szef nie dał obiecanej podwyżki, pomimo, że robiłam te swoje analizy rentowności, raporty controllingowe i inne super – mega ważne wyliczonka w Excelu dzielnie po godzinach. „Agnieszko, mamy kryzys, przepraszam”.
    A może ja też mam kryzys? Kryzys wiary w drugiego człowieka – właściciel wynajmowanego mieszkania okazał się pseudo-właścicielem i oszustem. Kryzys finansowy – no cóż, za często odwiedzam moje ulubione centrum handlowe. Kryzys fizyczny – dlaczego w lusterku widzę zmarszczki, kurze łapki? Przecież jestem taaaaka młoda (dopiero za kilka miesięcy skończę 30 latek). Może powinnam przestać się uśmiechać, to te kurze łapki znikną? Kryzys psychiczny – czy ja muszę być dla wszystkich miła, uczynna i serdeczna? Już mi się znudziło..
    No i odtrutką na te wszystkie moje kryzysy małe i duże miał być czerwcowy pobyt u rodziców na wsi. Odpoczynek od wielkiego miasta, jego tempa i problemów. Spokój, cisza, trzy koty, cztery psy, przyroda, zapach jaśminu. Aha, jeszcze mój Mąż, którego ogólnie rzadko widuję. I codzienne dojenie krów rasy holsztyno-fryzyjskiej – czysty relaks. A później – romantyczne wieczory na tarasie z Mężem przy winku i długich rozmowach. No cóż, jakoś na wsi mój Mąż mniej mnie denerwuje niż w wielkim mieście. Może to ze względu na lepsze dotlenienie mózgu świeżym powietrzem (Jego mózgu dla ścisłości – z moim jest wszystko w porządku również w warszawskich spalinach), a może atmosfera beztroski?
    No w każdym razie, kilka takich wieczorów przy winku w sielankowej atmosferze miało swój finał niekoniecznie na tarasie… (no dobrze: na tarasie również…).
    A miesiąc po czerwcowej „farmerówce” (jak nazwaliśmy nasz urlop na wsi) – hmmm pojawił się tzw. zonk. Test ciążowy wskazał definitywnie – jestem w ciąży. Szok. No raczej nie planowałam. Znaczy się na pewno nie planowałam. Przecież jestem „taka młoda” (już wspominałam – dopiero za kilka miesięcy będę świętować trzydziestkę). No cóż, stało się. Wina, jak zawsze – mojego Męża, przecież nie moja. On tą swoją winę z radości świętował winem. A mi został… soczek pomarańczowy (świeżo wyciskany). I gdzie u sprawiedliwość?
    A teraz, po kilku miesiącach od wiadomości, która na mnie gruchnęła jak grom z jasnego nieba, jestem przeszczęśliwa. Mój Syn sobie wygodnie rośnie w brzuszku i ma gdzieś czy Matce wyskoczy jakiś rozstęp pomimo stosowania specjalistycznego kremu (zakupionego za kwotę trzycyfrową…).
    No, ale Matka jest dzielna i nawet to, że nie będzie mogła wznieść sobie toastu na swoja trzydzieste urodziny – znosi dzielnie.
    Świadomość, że już niedługo, po tzw. pikusiach związanych z porodem i kilkumiesięcznym karmieniem cycem, Matka będzie miała bardzo dużo okazji do wzniesienia toastów swoim ulubionym winem – napawa optymizmem. A zaległych toastów zbiera się dużo – za podwyżkę i awans w pracy (jednak mimo ciąży i kryzysu można liczyć jesienią na docenienie ze strony szefa), za moją dzielność przy porodzie (miejmy nadzieję), za Syna – że taki fajny (bo będzie podobny do Matki), za Ojca Dziecka (Mąż spisuje się na medal) itp. A przede wszystkim – za owocny urlop w czerwcu 2013 r.

  37. karolina27 · 18 października 2013 Reply

    To był wakacyjny lipcowy dzień, taki w którym nie miałam żadnych konkretnych planów na wieczór. Jedna z koleżanek namawiała mnie na dyskotekę, druga chciała zorganizować imprezę w swoim domu i zapraszała mnie do siebie. Wybrałam tą drugą opcję i nie chcę nawet myśleć, jak inaczej potoczyłoby się moje życie, gdybym się na to nie zdecydowała. Mój chłopak, z którym byłam od półtora roku, pracował i miał przyjść później. Pojawił się, ale w towarzystwie swojego kolegi ze studiów, którego spotkał przypadkiem i nie widział parę lat. To było tylko jedno spojrzenie! Uległam pokusie i zakochałam się z wzajemnością. Zmieniłam faceta w ciągu jednego wieczoru! Czy warto było postawić wszystko na jedną kartę? Odpowiem: TAK! Jestem teraz najszczęśliwszą kobietą na świecie. Chcę wznieść toast za miłość, szybkie, ale trafne decyzje, czasami nawet wbrew rozsądkowi oraz uleganie pokusie. Gdy ogarnie mnie jesienna i szara codzienność mogę powiedzieć sobie z uśmiechem: NAPRAWDĘ BYŁO WARTO!

  38. mika19 · 18 października 2013 Reply

    szczęśliwe zakończenie;)

  39. jarek · 19 października 2013 Reply

    Kolejne wakacje z owcami. Udało mi się zgromadzić siano , słomę, pastewne i owies na zimie dla paskud kudłatych, to jest dobry powód do toastu (jedyny, który mam).

  40. Aleksandra · 19 października 2013 Reply

    Wakacje rozpoczęły się cudownie. Spełnienie wakacyjnych marzeń – Chorwacja, ciepłe morze, wyspy i wysepki, zwiedzanie. Czuliśmy się jak w raju!
    Ale szybko powróciliśmy na ziemię. Trzeciego dnia zostaliśmy okradzeni z portfeli, dokumentów, kart płatniczych, pieniędzy i telefonów. Wściekłość, rozpacz i bezradność były niebezpieczną i wybuchową mieszanką. Poszliśmy na policję, ale bezradnie rozłożyli ręce, wydali zaświadczenie potwierdzające zgłoszenie kradzieży dokumentów i poradzili udać się do konsulatu…oddalonego o ponad 300 km! A paliwa w baku wystarczyłoby na zaledwie 100. Nie pozostało nam nic innego, jak zabrać ocalałego z kradzieży szampana i wieczorem utopić smutki na nadmorskiej plaży. Zrobiliśmy z ukochanym burzę mózgów, pomysłów w tej sytuacji było niewiele – chodzić po domach obcokrajowców i prosić o pożyczkę? Sytuacja była tak beznadziejna, że w końcu zaczęliśmy się z niej śmiać! Nagle usłyszeliśmy znajomy język i…jakby znajome głosy. Odwracamy się a tam…nasi znajomi z podstawówki, z którymi nie widzieliśmy się 10 lat. Oni wyglądali na nieco mniej zaskoczonych. „Jesteśmy uratowani” – krzyczeliśmy z radości. Mogliśmy pożyczyć pieniądze od nich i wrócić do Polski. Okazało się, że…nie ma takiej potrzeby. Gospodarz naszych znajomych spacerując po pobliskich górach, znalazł na opuszczanej ścieżce portfel mojego ukochanego! Musiał wypaść złodziejom. Wiedział, że jego goście są Polakami z tej samej miejscowości i zapytał, czy przypadkiem nie znają osobnika ze zdjęcia. Oczywiście, znali i zobowiązali się oddać. Szybko wykonali kilka telefonów, ale oczywiście nasze ukradziono, więc nikt nie wiedział, jak się z nami skontaktować. Na szczęście, znajomi wybrali na podobny sposób spędzenia wieczoru i spotkaliśmy się na tej opuszczonej chorwackiej plaży, już wspólnie wznosząc toasty za szczęśliwe zakończenie. Ta historia na pewno będzie wspominana jeszcze długo przy różnych okazjach 😉

  41. Ola · 19 października 2013 Reply

    Nie mam na koncie spektakularnych sukcesów. Nie zdobyłam żadnego górskiego szczytu. Nie uczyłam się kitesurfingu. Nie przebiegłam maratonu. Nie wygrałam miliona w totka. Nie schudłam 20 kg. Nie dokonałam żadnego odkrycia. Nie napisałam poczytnej powieści. A mimo to czuję się wygrana. Mam fajną rodzinkę, genialnego psa, swoje cztery kąty, ciepły koc, odlotowy rower i wygodne buty. Chyba jest co świętować, prawda? 😉

  42. Romario · 19 października 2013 Reply

    Chciałbym napisać o umiejętności,
    Która doprowadziła do większej pewności
    Siebie, oczywiście, a jak.
    A to było tak.
    Przez dłuższy czas nie mogłem znaleźć pracy,
    Tak już mam, że los nie podaje mi wielu rzeczy i szans na tacy.
    I by uniknąć rozpaczy,
    Postanowiłem zacząć, jak lew, o zatrudnienie walczyć.
    Skupiłem swoje wysiłki, po cichutku, w ukryciu,
    Na ważnej umiejętności zawodowej zdobyciu.
    Na początku myślałem: „Nie dam rady. Nie ma mowy”.
    I nastrój miałem bardzo, bardzo minorowy.
    W końcu siły zebrałem
    I bezwzrokowe pisanie na klawiaturze opanowałem.
    Nie było łatwo, trochę się na siebie wściekałem,
    Bo początkowo pisząc na klawiaturę spoglądałem.
    Jednak z każdym dniem szło coraz lepiej mi,
    I teraz piszę tak, jak marzyłem. Czasem zdaje mi się, że to wszystko mi się śni.
    Jak myślę o tym , to normalnie mam ciary.
    To obudziło we mnie ogromne pokłady wiary,
    Że coś, co wydaje się niemożliwe, trudne do realizacji,
    Ciężką pracą, determinacją, można doprowadzić do finalizacji.
    Pragnę oto przekazać Wam taką wieść:
    „Za nowo zdobytą umiejętność toast wznieść”.
    I proszę mi wierzyć,
    Że przeszkody nie trzeba omijać, tylko trzeba się z nimi zmierzyć.
    To żadna filozofia, to żaden „trik”
    Wznoszę wszelako toast również za Jacob`s Creek.
    A tak gwoli wyjaśnienia, po pierwsze:
    To było silniejsze ode mnie, dlategoż zgłoszenie to napisałem wierszem…
    I jeszcze jedno, znaczy się, po drugie:
    Przepraszam najmocniej, jeśli uzasadnienie to było za długie.
    No i jeszcze jedno, tak się składa, że po trzecie:
    Kiedy coś się w życiu udaje, to człowiek czuje się Najszczęśliwszym na tym świecie.
    Myślę, że nikt nie zaprzeczy,
    Że warto cieszyć się nawet z najdrobniejszych rzeczy.
    A dla tych, którzy się często w życiu uśmiechają,
    To niezwykłe, ale wówczas jakby niebiosa same sprzyjają.
    Myślę, że to co napisałem nie brzmi, jak puste frazesy,
    Ja naprawdę potrafię cieszyć się ogromnie, kiedy odnoszę nawet najmniejsze sukcesy.
    I jeszcze coś napiszę, to aż się prosi:
    Cieszę się równie mocno, kiedy sukces Ktoś inny odnosi.
    A teraz to już definitywnie, tytułem zakończenia:
    Życzę Wszystkim konkursowiczom powodzenia:)

  43. Kinga · 19 października 2013 Reply

    W tym roku wakacje spedzałam w małej miejscowości Ciężkowice na południu Polski. Pewnego dnia sąsiad miał do nas nietypową prośbę – otóż poprosił nas o wyprowadzanie jego krów o 5 rano na pastwisko, gdyż on podobno przez cały poprzedni dzień i noc miał czuwać nad rodzącą żoną. Ogromnie nas zdziwiła taka prośba ale spełniliśmy ją no bo wkoncu to dla dobra rodzącącej miało być. Przychodzimy rano do obory po krowy a tam co? Owszem krowy są ale poubierane w kolorowe sweterki wydziargane na drutach – stanęliśmy jak wryci. Dzwonimy do owego sąsiada z pytaniem o co chodzi? On jednak ze stoickim spokojem odpowiada, że tak własnie mają być ubrane bo to u nich tradycja we wsi, że gdy gospodarzowi rodzi się dziecko ubiera sie jego krowy własnie tak. Nigdy wczesniej o czyms takim nie słyszeliśmy dlatego tym wiekszy był dla nas szok i właczyła się podejrzliwość czy aby on nas nie wkreca…jednak taka była prawda i teraz cieszymy się że mogliśmy uczestniczyc w tym niebagatelnym wydarzeniu i mogliśmy być posłańcami radosnej nowiny wieszczacej narodziny jego cudownej córeczki :) Wspomnienia bedziemy miec napewno na całe życie!

  44. martucha180 · 19 października 2013 Reply

    Gołdap – miasto na Mazurach,
    Tu się chodzi z głową w chmurach!
    Tu trafiły trzy kobiety,
    Z różnych miast i wsi niestety.

    Tutaj Hania przyjechała,
    Ewę, Martę zapoznała.
    We trzy razem zamieszkały
    I swe zdrowie naprawiały.

    Hania nasza już od rana
    Piła kawę, lecz nie sama!
    Z Ewą na balkonie była
    (A w tym czasie Marta śniła).

    Tranik grzecznie połykała,
    O sylwetkę swoją dbała.
    Czasem sobie odpuszczała,
    Gdy na śledzia smaka miała.

    Książek mnóstwo przeczytała,
    Ewie, Marcie szans nie dała!
    Szampańskie noce urządzała,
    Śmiechu wszystkim dostarczała.

    Hania grzyby tu poznała
    I za nimi wciąż biegała,
    Jakaś faza ją dopadła.
    W manię grzybobrania wpadła!

    Rapę, Wilno odwiedziła,
    Piękną Górę zaliczyła,
    Do miasta też jeździła
    I zakupy tam robiła.

    Wieczorami to się działo!
    Pół turnusu to widziało!
    Hania na disco szalała,
    „Jenerałów” wyrywała.

    Kobiety się bardzo zżyły,
    Wiele razem przeżyły,
    Lecz w pamięci im zostanie
    Wspólne w Gołdapi bytowanie!

  45. monia7422 · 19 października 2013 Reply

    Początkiem lipca pojechałam z moim partnerem na kilku dniowy urlop do Zakopanego, który spontanicznie zaproponował mój ukochany. Pogoda była cudowna ! Wyruszyliśmy w piątek wieczorem. Gdy dojechaliśmy na miejsce, szybko się rozpakowaliśmy i zmęczeni po podróży poszliśmy spać. W sobotni, słoneczny poranek zbudził mnie Jego pocałunek i cichutkie szeptanie do ucha: -„Kocham Cię!”. Byłam przeszczęśliwa ! Po chwili powiedział, że tego dnia spełnią się moje marzenia. Byłam bardzo ciekawa co nastąpi owego dnia. Szybko wstałam i po chwili byłam gotowa do wyjścia. Mój partner wziął mnie na ręce i tak wyszliśmy na dwór, gdzie czekał nas rower pożyczony od gospodarza domku, w którym wynajmowaliśmy pokój. Nie kryłam swojego zdziwienia kiedy mój ukochany zawiązał mi opaską oczy i powiedział, że miejsce, w które pojedziemy jest na razie tajemnicą. Usiadłam na rurce od roweru, wtulona w Jego ramiona i pojechaliśmy przed siebie. Jechaliśmy, jechaliśmy… i tak po piętnastominutowej jeździe dotarliśmy na miejsce. Mój ukochany ściągnął mi opaskę z oczu i już wiedziałam, że owo miejsce to Gubałówka, a przede mną widnieje 90 metrowe BUNGYY, z którego zawsze chciałam skoczyć. To było jedno z moich marzeń. Po chwili razem z partnerem wyjeżdżaliśmy razem na górę by wspólnie skoczyć. Moja radość była niedopisania, ale to nie był koniec niespodzianek. Gdy byliśmy już na wysokości 90 m, tuż przed samym skokiem mój ukochany ukląkł i… oświadczył mi się ! Iskierki w moich oczach balansowały na granicy radości i szczęścia. Zgodziłam się ! Wtedy spełniło się moje największe marzenie. Następnie bez strachu, z uśmiechem na ustach słysząc słowa: -„3! 2! 1! BUNGYY !”, skoczyliśmy w dół. To było cudowne ! Później wróciliśmy do siebie i przy lampce wina świętowaliśmy ten dzień ! Chciałabym znowu wznieść za ten dzień toast z lampką wina od MOSCATO SPARKLING JACOBS CREEK !

  46. Marta · 19 października 2013 Reply

    Wznoszę toast za…
    … nie za jedną, ale za wiele historii, które wydarzyły się tyle lata i które sprawiły, że było ono tak niezapomniane.
    Za te wszystkie dni, kiedy słońce budziło nas pięknymi promieniami, a wieczorne powietrze sprawiało, że miałam ochotę do rana patrzeć w gwiazdy.
    Za te bezkresne drogi, które przejechaliśmy tego lata.
    Za wszystkie niesamowite dania i przysmaki, których mieliśmy okazję skosztować.
    Za błękitne niebo, które z okien samolotu wydaje się być na wyciągnięcie ręki.
    Za niesamowite widoki, uchwycone na zawsze w zakamarkach pamięci.

    Po prostu – za te cudowne, letnie chwile, kiedy wszystko było idealnie na swoim miejscu.

  47. Krystyna · 19 października 2013 Reply

    Toast wznoszę za konsekwencje, bo skończyłam z nałogiem nikotynowym. To już czwarty miesiąc jak nie palę i wiem, że wytrwam z tym. Przecież to moje zdrowie o którę muszę sama zadbac. Właśnie koniec czerwca a dokładnie 27 ,kiedy powiedziałam sobie : czy ja muszę być niewolnikiem papierosów? A zaczęło się wyjazdem do Kołobrzegu. Staliśmy ze znajomymi na dworcu, skąd odjeżdżał pociąg. Ja podekscytowana wyjazdem miałam wielką ochotę na papierosa. Odeszłam kawałek i zapaliłam. Wiedziałam, że nie wolno palic w miejscach publicznych ale nałóg był silniejszy. Pociągnęłam chyba trzy razy, gdy podeszła do mnie straż kolejowa i zapłaciłam mandat – 200 zł.Nie pomogły żadne tłumaczenia. Wtedy coś we mnie pękło i postanowiłam nie palic. Nie powiem, że podczas wakacji w Kołobrzegu nie miałam ochoty na papieroska, szczególnie przy małej lampce wina, ale wytrwałam i NIE PALĘ!!!

  48. ewa · 19 października 2013 Reply

    A ja mogłabym wznieść toast za to właśnie – że już go mogę wznieść :). Za trzy lata beztoastowe – bo najpierw ciąża, a potem dwa lata karmienia bobasa. Bez ideologii… Po prostu: tak wyszło, tak było fajnie, tak się jakoś stało.
    Owszem. Zerkałam na półki z winami, szampanami i różnymi cudami. Tak, trochę żałowałam, że nie mogę, po cichutku zazdrościłam…
    I nagle nadszedł ten! TEN moment…

    W te wakacje, z powodu mojego służbowego wyjazdu (niby Paryż, ale migałam się od takich wyjazdów półtora roku). musiałam odessać małą, zostawić ją na tydzień z tatą (świetnie dali sobie radę) i …

    Nagle okazało się, że świat się nie skończył, a ziemia nadal kręci się wokół słońca!
    I za to cudowne doświadczenie mam zamiar wznieść toast!

    Ps. Tak już nie-do-końca-na-temat: właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy to nie podchodzi pod jakąś frustrację/perwersję;/nerwicę, i że pewnie Freud miałby dużo do powiedzenia, i że 3/4 kraju byłoby zgorszone takimi marzeniami matki-Polki :)
    Po auto-psycho-analizie stwierdzam, że:
    a) nie podchodzi
    b) nie zamierzam się jakoś przejmować tym, co myślą inni…

  49. Izabela · 19 października 2013 Reply

    8 lipca 2013 (poniedziałek)
    A więc to już – koniec i początek – obudziła się pełna obaw, na szczęście pozytywne myśli dotrzymywały jej towarzystwa i dodawały odwagi. Nie wiadomo czego bała się bardziej, wejść do sali i odpowiadać na pytania, czy tak brutalnie w końcu być dorosła. Otworzyła oczy zanim zadzwonił budzik. Słońce delikatnie wpadało do pokoju przez koronkowa firankę, powietrze mimo lipcowego poranka, było chłodne i rzadkie w pustym pokoju z wysokim sufitem. Wpierw zimny, morelowy prysznic, z łazienki wyszła na boso do kuchni, z włosów skapywała jeszcze woda na jej ramiona, gęsia skórka przeszyła skórę. Czas mijał tak szybko. Woda, kubek, kawa. Szybko! Bielizna, czarne rajstopy, sukienka, obcasy. Pobiegła do autobusy, ściskając plik kartek w ręku. Autobus jechał wolniej niż zwykle. Jakby na złość – a może to ona nie chciała, żeby to się już stało. Nie chciała. Nie mogła jednak odmówić męskiemu głosowi „Pani Izabela zapraszamy”. Do czego? Dokąd? Dwadzieścia minut minęło jak sekunda. I wyszła, taka bezradna. Dorosła Izabela – magister, który nie wie jak żyć.
    Wypijmy za to!

  50. Magdalena · 20 października 2013 Reply

    Toast za…
    miłość, nadzieję, przygodę.
    Za lato, które coś mi uświadomiło
    Za osoby, które pokazały co mam zrobić
    Za piosenki i za serial „Glee”
    Co się mogło wydarzyć w tym roku takiego szczególnego, za co mogłabym wnieść toast?
    Było więcej negatywów niż pozytywów, czekałam na seriale. Umarł aktor, który był świetnym człowiekiem. Miałam ogromny problem, z którym nie mogłam sobie poradzić. I za to wszystko warto wnieść toast. Bo gdyby nie to wszystko, gdyby nie te wakacje nie byłoby tam gdzie teraz jestem. Nie wiem, na ile ta decyzja jest dobra, ale przynajmniej jest lepiej niż było przez cały ostatni rok akademicki. I nieważne,co się wydarzy. Te wakacje były szczególne, choć tak naprawdę niż szczególnego w nich nie było.
    Wypijmy za zwykłe lato, które jednak wiele zmieniło.

  51. Beata · 20 października 2013 Reply

    Lato to był dla mnie czas budowy altanki, grilla z wędzarnią i na koniec mebli ogrodowych. To wszystko zrobiliśmy sami z mężem, własnymi rekami i po raz pierwszy w życiu. I powiem wam, że wyszło super i już kilka imprez się tam odbyło. Myślę, że naprawdę mamy co świętować, a już na pewno mamy gdzie.

  52. Mary · 20 października 2013 Reply

    Przejrzałam odpowiedzi konkursowe pobieżnie i już znalazłam 2 plagiaty. Proszę przy wyborze prac sugerować się oryginalnością – wystarczy skopiować jedno lub dwa pierwsze zdania danej wypowiedzi, wkleić w Google i pojawi się lista stron, gdzie wcześniej się tekst pojawiał. Żenujące zachowanie niektórych uczestników.

  53. jorunn2010 · 20 października 2013 Reply

    Jestem pasjonatką średniowiecza i do tego lata znałam obyczaje rycerskie jedynie z książek i legend. Tego lata postanowiłam zrekonstruować średniowieczny świat podczas Festiwalu Słowian i Wikingów aż w Norwegii. Rozbiliśmy obóz w średniowiecznym grodzie. Nie było łatwo. Brak sklepów, komputera, telefonów… Codzienne łamanie własnych słabości, niedociągnięć. Nauka życia inaczej – bez pośpiechu, ale też bez wszelkich udogodnień technicznych. Musiałam nauczyć się polegać na innych ludziach. W obcym kraju należy wyzbyć się uprzedzeń, stereotypów. Życie przestaje być obojętne. Pierwszy raz czułam się podziwiana, urzekająca, doceniłam ciepło dłoni mojego męża pozostawione na mojej ręce. Któregoś dnia wybraliśmy się na wędrówkę po skalistych fiordach. Było ciężko. Lekcja zrzucania masek, skorup, egoizmu. To było moje najpiękniejsze lato – lekcja historii i nauka drugiego człowieka. Wznieśmy toast za tych, co byli i za tych, co są!

  54. pawlo242 · 20 października 2013 Reply

    Miłość mojego życia
    poraziła mnie w lipcu jak błyskawica .
    Tak jakby ciemność mi rozświetliła
    Dała cudowną ciszę , mocne uderzenie poprzedziła.
    Gdy piękną kobietę wtedy ujrzałem,
    Od razu pomyślałem:
    „ To jest ta jedyna, na całe życie,
    Chcę się budzić przy Niej codziennie o świcie”.
    Jak co dzień na przystanek autobusowy wędrowałem,
    I dokładnie 16 lipca dnia piękność ujrzałem.
    Akurat tego dnia autobus spóźniał się minut kilkanaście,
    I wtedy do pięknej kobiety odezwałem się właśnie.
    Pamiętam ten dzień jakby to wczoraj było,
    Ależ wtedy słońce parzyło, ale serce jeszcze mocniej waliło.
    Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać,
    Ohhh ciężko mi było słowa wypowiadać.
    I tak poprzez rozmowy na przystanku codziennie się zbliżaliśmy,
    Tak krok po kroku się poznawaliśmy.
    Już jesteśmy ze sobą ponad 3 miesiące
    Nasza miłość kwitnie – wspólne chwile są kojące.
    Obok Niej czuję się jak w siódmym niebie,
    Chcę Ją mieć zawsze blisko siebie.
    Dlatego przyznam się na koniec bez dwóch zdań,
    iż na wzniesienie toastu za naszą miłość – mam nadzieję z przyszłą żoną i przyjaciółmi – chrapkę mam.

  55. Karolina · 20 października 2013 Reply

    Czy ktoś orientuje się jak z wynikami?

  56. Kasia · 22 października 2013 Reply

    a nie przyszło Ci do głowy, że to nie plagiat? Może po prostu jakaś osoba jednym tekstem gra w kilku konkursach….

  57. gab · 22 października 2013 Reply

    Wyniki znajdziecie już na stronie, na końcu posta! Gratulujemy zwycięzcom!

  58. janek · 23 października 2013 Reply

    Pod niektórymi linkami jest więcej niż 1 odpowiedź i nie wiadomo tak naprawdę kto wygrał. możecie dodać jeszcze imiona zwycięzców? :)

Leave a reply

six + fourteen =